sobota, 28 grudnia 2013

Naomi Campbell At Night

Po kolejnej, tym razem rekordowo długiej przerwie w pisaniu, udało mi się w końcu ogarnąć, wynikiem czego przybywam z nową recenzją. Całkiem niedawno stałam się posiadaczką malucha (15 ml) wody toaletowej Naomi Campbell At Night. Jest to wariacja na temat klasyka, pierwszych perfum, jakie wylansowała Naomi w 1999 r. NC At Night dostępne są w pojemnościach 15, 30, 50 ml jako woda toaletowa oraz 50 ml jako woda perfumowana, na rynku pojawiły się w 2012 r.


Jakiś czas temu byłam w posiadaniu pierwowzoru, jednak mimo niezaprzeczalnej urody nie przypadł mi do gustu, czegoś mi w nim brakowało, dlatego w końcu posłałam go w świat. Z wersją At Night jest inaczej. Flakon otrzymałam w prezencie, nie wiedziałam, jak pachną te perfumy, jednak naczytałam się o nich pozytywnych recenzji, dlatego ze spokojem podeszłam do testu nadgarstkowego i… nie rozczarowałam się. Muszę przyznać, że spośród wszystkich perfum Naomi Campbell, które było dane mi poznać, te znajdują się w top 3 moich ulubionych (obok Naomagic i Naomi).
NC At Night są idealne na chłodniejsze dni – ciepłe, otulające, odpowiednio słodkie, z klasą, no i pudrowe (a jak perfumy są pudrowe, to prawdopodobieństwo, że mi się spodobają, jest bardzo wysokie).


Otwarcie jest najbardziej „rześkie” i przestrzenne – kremowa słodycz heliotropu otulona waniliową chmurą przełamana jest bergamotką i nutami zielonymi. Ciekawy kontrast, bardzo dobrze złożony – nic się nie gryzie, nie wykręca nosa. Takie zestawienie przypomina mi trochę wspomniane już Naomagic, w których zastosowano podobny trik.
Wraz z upływem czasu kompozycja gęstnieje, robi się bardziej ciężka, pojawia się charakterystyczna, pudrowa nuta fasoli tonka, z całej tej gęstej masy wyraźnie wybija się sandałowiec. Wszystkie nuty tworzą doskonale zgrany monolit, akcji jest tu niewiele, w zamian za to otrzymujemy błogą, rozleniwiającą słodycz, chociaż odrobiny zaczepności, delikatnego pazura NC At Night odmówić nie można.
Trwałość porządna, zapach utrzymuje się na mojej skórze około 7 godzin, nie mam zarzutów również co do intensywności, szczególnie przez pierwsze 3 – 4 godziny (zbyt hojna aplikacja może w tym czasie przyprawić o ból głowy). Podsumowując – bardzo udany prezent, który z pewnością często będzie w użyciu.

Nuty zapachowe: bergamotka, zielone liście, śliwka, mirabelka, jaśmin, heliotrop, geranium, wanilia, bób tonka, sandałowiec.

Źródła zdjęć:
1. http://www.perfumediary.com
2. http://www.lovethispic.com

niedziela, 10 listopada 2013

Love in Black Creed

Fiołek stanowi jedną z moich ulubionych nut w perfumach, między innymi dlatego, że potrafi przybierać różne formy - od chłodnego, zielonego i gorzkiego przez ziemistego i surowego po miękkiego, ciepłego, pudrowego. Przyznam szczerze, że najbardziej podoba mi się trzecia odsłona, a to dlatego, że pudrowe perfumy to moja ulubiona kategoria w zasadzie od początku mojej przygody z perfumami.


Love in Black, perfumy inspirowane osobą Jacqueline Kennedy, testowałam pobieżnie kilka lat temu, pamiętam, że spodobały mi się, jednak nie na tyle, żeby zawrócić mi w głowie.


Zapomniałam o nich i prawdopodobnie jeszcze przez jakiś czas nie chciałoby mi się do nich wracać, gdybym niespodziewanie nie otrzymała próbki. Pierwszy kontakt wywołał u mnie obojętność. Ziemisty, chłodny fiołek podbity dość mocnym, szorstkim cedrem. Nic strasznego, ale też nic porywającego. Przez chwilę pomyślałam, że moja reakcja podczas pierwszego testu, kilka lat temu, była właściwa, jednak po chwili coś zaczęło się dziać - zrobiło się cieplej, bardziej miękko i z minuty na minutę coraz słodziej (choć wciąż w granicach dobrego smaku). Pojawił się pudrowy, elegancki irys, który wydobył z fiołka łagodną, pudrową słodycz oraz słodki, gęsty sok z czarnej porzeczki. Nie spodziewałam się, że połączenie bukietu pudrowych kwiatów i owocowego soku może dać tak elegancki, wyrafinowany efekt, zgrabnie omijając zbędne nadęcie i egzaltację. Na tym etapie Love in Black przypominają mi nieco Glam Rose od Les Parfums de Rosine, z tym, że są zdecydowanie głębsze, mniej nowoczesne, więcej w nich tajemnicy i dojrzałości, nie ma natomiast róży, która wymieniona jest jako jedna z nut bazy (w Glam Rose jest dobrze wyczuwalna). Brak róży w bazie rekompensuje obecność puchatego białego piżma, które sprawia, że Love in Black nabierają jeszcze bardziej pudrowego, kobiecego charakteru. Doskonała jakość składników i ich proporcje sprawiają, że perfumy nie męczą, nie mdlą i nie powodują bólu głowy. Można im zarzucić monotonię, jednak ja się z tym zarzutem nie zgadzam - Love in Black potrafią być ciepłe, miękkie i wytworne, kiedy indziej natomiast tworzą aurę tajemniczości, dystans, taki rodzaj chłodu, którego nie potrafię opisać. Niezwykła zmienność.


Plus za przyjemny retro twist, dodający Love in Black niedzisiejszego, wyrazistego charakteru.
Trwałość - bez zarzutu, 7 - 8 godzin, intensywność przeciętna, z pewnością nie jest to boa dusiciel.

Nuty zapachowe: fiołek, jaśmin, cedr, irys, goździk, piżmo, czarna porzeczka, róża.

Źródła zdjęć:
1. http://e-vintage.pl
2. http://scentstore.co.uk.
3. http://wallm.com

piątek, 11 października 2013

Angel Liqueur de Parfum (2009) Thierry Mugler

Wersję likierową Angela poznałam w roku 2010 (na rynek trafiła w sierpniu 2009 r.). Z racji tego, że był to okres, kiedy klasycznego Angela nie darzyłam zbyt głębokim uczuciem, likierowego Anioła przyjęłam z otwartymi ramionami. Niestety, moja radość nie trwała zbyt długo. 


Po jakimś czasie Angel Liqueur zaczął mnie najzwyczajniej męczyć, wzbudzać dziwne uczucie niepokoju (nigdy wcześniej żadne perfumy tak na mnie nie oddziaływały), co było tym bardziej frustrujące, że naprawdę polubiłam tę kompozycję. Jakimś sposobem udało mi się zmęczyć sampla i od tego czasu starałam się zapomnieć o nieprzyjemnej niespodziance, jaką zgotowały mi te perfumy. W międzyczasie udało mi się przekonać do klasycznego Angela (choć jest to relacja, w której okresy pożądania przeplatają się ze zmęczeniem i apatią), dlatego zapragnęłam powrócić także do wersji Liqueur. Traf chciał, że mniej więcej miesiąc temu stałam się posiadaczką niewielkiej ilości Angel Liqueur, w sam raz na przypomnienie sobie zapachu i porządne przetestowanie. Niestety, sytuacja nie uległa jakiejkolwiek zmianie. Po trzech latach nadal uważam, że to udana, niezwykła kompozycja, chciałabym móc ją nosić, ale na dłuższą metę nie jestem w stanie. Zachwycam się urodą tych perfum za każdym razem po aplikacji, po to, żeby po godzinie poczuć dobrze mi znane zmęczenie, niepokój i chęć zmycia Angela z nadgarstka. Strasznie mnie to irytuje, ale nie jestem w stanie przeskoczyć tej przeszkody, być może dla mnie to jedne z tych perfum, które mogę wąchać, ale nie nosić.


Co takiego ma w sobie Angel Liqueur, że chciałabym „dać mu radę” i oswoić go? Przede wszystkim emanuje dojrzalszą, bardziej esencjonalną słodyczą, nie jest tak ostry, kanciasty i chłodny jak klasyk, choć jego echa wyraźnie pobrzmiewają w wersji Liqueur. Słodycz tę klasyfikuję jako morze ciemnej, gorzkiej czekolady zmieszanej z płynnym karmelem, doprawionej dodatkowo gęstym, ciemnozłotym miodem. Być może za to miodowe skojarzenie odpowiada koniak zawarty w tej wersji? W każdym razie mam pewność, że to właśnie obecność koniaku dodaje tym perfumom szlachetności i dojrzałości. 


Poza wszechobecną słodyczą, przełamaną wytrawnymi akcentami, nie może brakować nuty charakterystycznej dla Angela – ziemistej, suchej, orzechowej paczuli. W odróżnieniu od klasyka, tutaj paczula jest wyraźnie łagodniejsza, choć wciąż dobrze wyczuwalna, dość chropowata i trzymająca na dystans, dzięki niej właśnie Angel Liqueur, podobnie jak klasyczny Angel, nie jest typowym, jadalnym słodziakiem, ma duszę i (nieco stępiony) pazur.
Angel Liqueur nie ustępuje klasykowi jeśli chodzi o trwałość, natomiast wydaje się być nieco mniej intensywny.
Podejrzewam, że moc tych perfum, w połączeniu z ich gęstością i koncentracją to główne czynniki, które powodują, że tak trudno jest mi zaprzyjaźnić się z Aniołem Likierowym. Nie bez znaczenia jest także połączenie obezwładniającej słodyczy z nutami alkoholowymi i tą sławną paczulą – może nie brzmi to przerażająco, jednak na dłuższą metę mój organizm woli trzymać się od tej mieszanki z daleka. Co mogę dodać… Na pewno będę jeszcze czynić podejścia do tego Angela, jeśli jego cena i dostępność na to pozwolą (jest to niestety wersja limitowana), za bardzo podoba mi się ta kompozycja, żeby tak po prostu odpuścić.
Warto wspomnieć, że w tym roku Thierry Mugler wypuścił na rynek kolejną serię likierowych wersji klasyków, wśród nich także Angela. Flakon ma taki sam kształt jak wersja z 2009 r., jednak różnią się kolorystycznie. Nie miałam okazji przetestować tej nowości, recenzje głoszą, że różnice są wyczuwalne, na to samo wskazują odmienne piramidy zapachowe obu Likierów. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się dopaść wersję z 2013 r. i przekonać się o jej charakterze na własnej skórze.


Nuty zapachowe: bergamotka, owoce tropikalne, wanilia, karmel, paczula, koniak.

Źródła zdjęć:
1. http://nathanbranch.com
2. http://4realleadres.com
3. http://le-cognac.com

sobota, 5 października 2013

Ange ou Demon Givenchy

Po dłuższej przerwie w pisaniu postanowiłam poświęcić kilka słów perfumom, które znam od kilku lat, jednak na zdobycie flakonu zdecydowałam się dopiero teraz. Mowa o Ange ou Demon Eau de Parfum, w krajach muzułmańskich znanych pod nazwą Ange ou Etrange (zmiana nazwy wiąże się ze specyfiką światopoglądu i religii dominującej w tych krajach).


Ange ou Demon wykreowane zostały w 2006 r., a nosami odpowiedzialnymi za ich powstanie są Jean-Pierre Bethouart oraz Olivier Cresp. Zgodnie z tym, co twierdzi producent kompozycja ma być tajemnicza, zmysłowa, uwodzicielska, charyzmatyczna. Coś w tym musi być, bo niejednokrotnie spotkałam się z podobnymi opiniami na temat tych perfum, jednakże moja percepcja dość znacznie odbiega od tego schematu.
Ange ou Demon są słodkie, jednakże w dość nietypowy jak na słodziaka sposób. To nie są perfumy zmysłowe, a tajemnicze, poważne, wręcz trzymające na dystans. Ta słodycz wydaje mi się być podstępna, wręcz jadowita. Idealny wybór na jesienne dni (i wieczory), szczególnie mocno kojarzą mi się z listopadem. Zdaję sobie sprawę, że z takim poglądem na temat Ange ou Demon siedzę w niszy, ale nic na to nie poradzę, skojarzenia są zbyt silne.
Co odpowiada za to, że mam taką a nie inną opinię o AoD? Trzy rzeczy – bardzo dobrze wyczuwalna, szczególnie w otwarciu, nuta szafranu uzupełniona aromatem tymianku, słodki, narkotyczny aromat lilii oraz wszechobecna, odurzająca słodycz wanilii i fasoli tonka.
Słodycz serwowana jest już w otwarciu, jednak ma bardziej przestrzenny charakter przełamana jest przyprawowym niuansem, nad całością dominuje charakterystyczny aromat szafranu. 


Atmosfera dość szybko ulega zagęszczeniu, pojawia się słodki, obezwładniający zapach lilii (może stąd wzięły się moje skojarzenia z listopadem i poważnym charakterem Ange ou Demon?) zagęszczony dodatkowo dusznym akcentem ylang-ylang. Na tym etapie słodycz jest bardziej zbita, gęsta, nienaturalna no i przede wszystkim wyjątkowo mocna. Łagodnieje ona nieco w bazie, gdzie przełamana jest nutą drewna różanego, ciężko jest mi natomiast wykryć mech dębowy, który także znajduje się w spisie nut.


Trwałość perfekcyjna, nawet 12 godzin, intensywność również robi wrażenie – nie tylko bezpośrednio po rozpyleniu perfum. Biorąc pod uwagę to, co napisałam wcześniej, nie wyobrażam sobie pachnieć Ange ou Demon latem, sezon jesienno-zimowy zdecydowanie służy tym perfumom, dlatego mój werdykt nie może być inny - zdecydowanie bliżej im do demona niż do anioła.


Nuty zapachowe: mandarynka, szafran, tymianek, lilia, orchidea, ylang-ylang, fasola tonka, wanilia, brazylijskie drewno różane, mech dębowy.

Źródła zdjęć:
1. http://thefashioninsider.com
2. gourmetsleuth.com
3. http://pinakoteka.zascianek.pl

sobota, 21 września 2013

Ambre Premier Jovoy Paris

Nie jestem specjalistką od perfum, w których ambra stanowi nutę przewodnią, mimo, że bardzo lubię tego typu kompozycje. Szczególnie komfortowo nosi mi się je w domowym zaciszu, z tego względu, że kojarzą mi  się ze szlachetnym ciepłem, bezpieczeństwem i komfortem (jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie ambry mają taki właśnie charakter).
Całkiem niedawno temu perfumeria Quality wprowadziła do swojej oferty perfumy marki Jovoy Paris, dotychczas bardzo trudne do zdobycia w Polsce. W ofercie znalazły się między innymi Ambre Premier.


Kompozycja ta została stworzona w 2011 r., a jej twórcą jest Michelle Saramitot.
Ambre Premier zaliczane są do grupy perfum orientalnych, wiodącą nutę w tej kompozycji stanowi ciepła, miękka, szlachetna, odrobinę słona ambra wzbogacona dość sporą dawką doskonale wyważonej waniliowej słodyczy. Otwarcie jest nieco wyostrzone i rozświetlone przy pomocy musującego, cytrusowo-przyprawowego akordu, jednakże dość szybko ewoluuje w kierunku pluszowej, przytulnej, ambrowo-waniliowej podstawy.


Ciekawym, choć nie nowatorskim zabiegiem okazało się wplecenie w tę strukturę róży - surowej, zasuszonej, ale wciąż na swój sposób majestatycznej i budzącej podziw, wprowadzającej do kompozycji odrobinę nostalgii i sentymentalizmu.


Ambre Premier to perfumy spokojne, wyważone, być może nie są odkrywcze, jednakże czuć w nich kawał dobrze wykonanej roboty, niezwykły kunszt oraz wysoką jakość użytych składników. Poza tym Ambre Premier nosi się bardzo przyjemnie i komfortowo, mogłyby przypaść do gustu osobom, które chciałyby rozpocząć swoją przygodę z ambrą, ale mają pewne obawy i zastrzeżenia.
Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie trwałość oraz intensywność tych perfum - utrzymują się na mojej skórze do 10 godzin, tworzą subtelny ogon, jednak w miarę upływu czasu łagodnieją, pozostając blisko skóry (co nie znaczy, że trzeba wlepiać nos w nadgarstek, żeby je poczuć).

Nuty zapachowe: cytrusy, przyprawy, róża, paczula, ambra, wanilia.

Źródła zdjęć:
1. http://fragrantica.com
2. http://dangerdame.com
3. http://flickriver.com

niedziela, 8 września 2013

Vamp a NY Honore des Pres

Kolejne perfumy z tuberozą w roli głównej, które przychodzi mi recenzować. Pisałam już wcześniej, że lubię tuberozę, jednak zdarzają się też takie przypadki, kiedy nie robi ona na mnie większego wrażenia. Vamp a NY jest, niestety, takim przypadkiem.


Zwróciłam uwagę na te perfumy już jakiś czas temu, zaciekawiła mnie nazwa, tuberoza jak nuta wiodąca oraz bardzo różnorodne recenzje - pomyślałam sobie, że to nie może być nijaki zapach. Jak się okazało, zbyt wiele sobie wyobrażałam.
Otwarcie jest ciekawe - coca cola... bez gazu. 


Być może za taki efekt odpowiedzialne jest trio tuberoza-wanilia-rum, żadna z tych nut nie wybija się ponad pozostałe, tworzą spójną, charakterystyczną i nie tak często spotykaną w perfumach całość. Jest też w tym wszystkim cień czegoś gęstego, żywicznego, ale nadal słodkiego, co mogłoby sugerować ciekawy rozwój kompozycji, tymczasem coca cola znika dość szybko, a jej miejsce zajmuje tuberoza w wydaniu, za jakim nie przepadam - gumowym, monotonnym, sztucznym. 


Nie jest to efekt jakoś szczególnie nieprzyjemny dla nosa, nie robi wielkiej krzywdy, ale mimo wszystko mogło być lepiej, znacznie lepiej. Tuberozie towarzyszy słodka wanilia oraz słodki, balsamiczny benzoin, użyty dość rozsądnie, dzięki czemu Vamp a NY nie jest zapachem mdłym ani zbyt ciężkim.
Benzoin zdaje się być doskonałym łącznikiem między kwiatowo-słodkim sercem a cięższą, balsamiczną bazą, gdzie pierwsze skrzypce gra balsam Tolu.
Szkoda, że nie czuję rumu jako takiego, lubię zapach tego alkoholu i jestem rozczarowana, że tutaj pachnie jak cola. Zawodzi także trwałość i intensywność. Po 6 godzinach trudno jest odnaleźć ten zapach na skórze, nawet otwarcie nie jest jakoś szczególnie intensywne. Podoba mi się natomiast flakon i opakowanie, charakterystyczne dla serii I Love New York.
Miło było poznać Vamp a NY, jednak dłuższej znajomości z tymi perfumami nie przewiduję.
Perfumy powstały we współpracy z Olivią Giacobetti w 2010 r., występują w koncentracji wody perfumowanej.

Nuty zapachowe: tuberoza, rum, wanilia, benzoin, balsam Tolu, balsam Peru.

Źródła zdjęć:
1. http://leroseauxjoues.com
2. http://posters.pl
3. http://mimifroufrou.com

sobota, 31 sierpnia 2013

Jesienne plany perfumeryjne 2013

Mój gust, jeśli chodzi o perfumy, jest dość elastyczny. Kilka lat temu w mojej kolekcji znajdowały się niemal wyłącznie klasyki, kompozycje aldehydowe, szyprowe, pudrowe, wszelkie pozostałe traktowałam raczej na zasadach ciekawostek, które dobrze byłoby poznać, ale już niekoniecznie nosić. W końcu nastąpiło "zmęczenie materiału" i postanowiłam wyjść poza krąg dotychczasowych zainteresowań. Perfumy retro/vintage nadal zajmują szczególne miejsce, jeśli chodzi o moje upodobania perfumeryjne, jednakże nauczyłam się nosić (i czerpać z tego przyjemność) także inne, bardziej współczesne, odmienne pod względem kategorii kompozycje.
W trakcie ciągłego odkrywania świata perfum zauważyłam także, że zaczęłam dobierać perfumy w zależności od pory roku. Nie znaczy to, że na każdą porę mam określony zestaw zapachów, których używam do znudzenia, podczas gdy pozostałe stoją i kurzą się, czekając na swój czas - staram się nie zaniedbywać żadnego z flakonów/odlewek, które znajdują się w mojej szafie. Ogólna idea jest taka, że część z nich jest w użyciu zdecydowanie częściej jesienią (nie zapominając o nich w ciągu pozostałych pór roku), inne stają się popularniejsze zimą itd.
Także w tym roku, wyczuwając nadchodzącą jesień (swoją drogą to moja ulubiona pora roku), postanowiłam stworzyć listę perfum, które będą moimi faworytami.


Spis otwiera Mauboussin pour Femme - kompozycja z 2000 r., autorstwa Christine Nagel. Perfumy te, występujące w wersji EDT oraz EDP przeszły reformulację. Kilka lat temu miałam flakon EDP oraz próbkę EDT, obecnie używam EDT w wersji poreformulacyjnej i choć czuć, że kompozycja została nieco ograbiona z charakteru, to nadal robi na mnie wrażenie, nosi się ją wyjątkowo przyjemnie. Choć nie ma już w Mauboussin tej gęstości, zawiesistości i soczystej, owocowej słodyczy, to nadal łatwo jest wyczuć czekoladową słodycz paczuli, ciepły, miodowy akcent za który najprawdopodobniej odpowiada duet ambra-benzoin oraz zdegradowaną do drugoplanowej roli owocową nalewkę, w której pierwsze skrzypce gra śliwka. Podsumowując - ciepły, słodki orient, przyjemny w noszeniu, o całkiem przyzwoitym nasyceniu, intensywności oraz trwałości (ok. 7 godzin). 

Kolejne miejsce zajmuje wszystkim dobrze znany Angel w wersji klasycznej - EDP. Początkowo nie lubiłam tych perfum, działały na mnie wybitnie odpychająco, mimo to co jakiś czas wracałam do nich, żeby po którymś razie przekonać się, że jestem w stanie nosić Angela. Najpierw była próbka, następnie odlewka. Długo się nią nie nacieszyłam, bo w krótkim czasie Angel zmęczył mnie, w związku z czym posłałam go w świat. Po jakimś czasie zatęskniłam, efektem czego kolejny dekant znalazł się w mim posiadaniu. Ostatecznie podzielił los pierwszego. 
Obecnie, od kilku dni znów tęsknię za Angelem i rozważam kolejne nabycie kilku mililitrów. Co jest takiego w tych perfumach, że co jakiś czas ciągnie mnie do nich? Niesztampowe, perfekcyjne przełamanie słodkich, jadalnych, czekoladowo-karmelowych nut, które występują tu w nienaturalnym wręcz stężeniu chłodną, surową, piwniczną w odbiorze paczulą. Poza tym miód, do którego mam słabość, a w Angelu jest go całkiem sporo. O rewelacyjnej trwałości i intensywności nie wspomnę.

Zachciało mi się także Angela w wersji likierowej. W tym przypadku odlewkę miałam tylko raz, jednak podzieliła ona los odlewek z klasycznym Angelem. Odbieram ją jako dojrzalszą, spokojniejszą opcję w odniesieniu do klasyka. Paczuli jest zdecydowanie mniej (choć nadal dominuje), poza tym jest łagodniejsza. Miód jest z kolei cięższy, ciemniejszy, bardziej esencjonalny, zdecydowanie łatwiej wybijają się nuty owocowe oraz coś, co przypomina mi likier wiśniowy. W bazie zdecydowanie więcej jest szlachetnego drewna. Trwałość i intensywność nieco słabsza niż w przypadku klasyka, mimo to nadal zachwyca.

Kolejny must have - Classique Jean Paul Gaultier w wersji EDP. Mimo, że to jedne z moich ulubionych perfum, dotychczas nie było mi po drodze z nabyciem flakonu. W końcu jednak udało mi się nabyć małą pojemność - 20 ml. Doceniam również wersję EDT, jednak nie jest ona tak słodka i gęsta jak EDP, więcej w niej przestrzeni, mydlanej ostrości. Być może EDT jest bardziej zadziorna i pokazuje większy pazur, ja jednak wolę spokojniejszą EDP. 

Na pewno często będę sięgać po recenzowane już Love Eau Intense Chloe, które nadal robią na mnie niesamowite wrażenie i w których czuję się niezwykle komfortowo. 
Z tego samego powodu do łask powróci Cinema YSL w wersji EDT, słodkie, cynamonowo - waniliowe ciastko, czyli Ambre de Cabochard, przepiękny różany puder - Ombre Rose, balsamiczny, tuberozowo-śliwkowy Poison, do którego też przekonałam się z czasem, L'Elephant Kenzo, który niezmiennie mnie zaskakuje, raz pachnąc miękko, ciepło, wręcz piernikowo, kiedy indziej znów drapiąc żywiczno-przyprawowym, kamforowym obliczem - poza tym to prawdziwy kolos, jeśli chodzi o moc i trwałość. W końcu nie będzie mogło braknąć przedreformulacyjnego Addicta, który zachwyca mnie połączeniem słodkiej, gęstej wanilii i narkotycznego, upajającego jaśminu oraz Gucci Eau de Parfum, które miałam i w przypływie głupoty sprzedałam.

Wyżej wymienione perfumy to moi faworyci na jesień, jednak jak już wcześniej wspomniałam, poza nimi będę sięgać także po inne kompozycje, które posiadam lub które będę posiadać. Podsumowując – jesień może nadchodzić, jestem na nią (prawie) gotowa. 

Źródła zdjęć:
1. http://chobirdokan.com

piątek, 30 sierpnia 2013

Deep Night Ghost

Czaiłam się na te perfumy od momentu, kiedy usłyszałam o nich po raz pierwszy. Zaintrygowała mnie tak nazwa, jak i flakon. Nuty i recenzje, choć całkiem ciekawe, stanowiły zdecydowanie słabszy impuls. Być może dlatego zwlekałam z poznaniem Deep Night kilka lat. 


W końcu jednak, kilka dni temu, udało mi się nabyć w ciemno odlewkę i cóż… ze smutkiem muszę przyznać, że to jedno z największych rozczarowań wakacyjnych, jeżeli nie całorocznych, jeśli chodzi o perfumy.
Nie spodziewałam się wprawdzie mroku, tajemnicy, ekstremalnych doznań, jednak miałam w głowie wykreowaną wizję, jak mniej więcej mogą pachnieć Deep Night. Nie spodziewałam się, że będą aż tak nudne, przewidywalne, nijakie, a w dodatku niemrawe.


Otwarcie przywitało mnie aromatyzowanym morelami alkoholem. Nie musiałam jednak długo czekać, żeby alkohol ulotnił się, a perfumy ułożyły na skórze. Co otrzymałam? Lody morelowo-waniliowe, ewentualnie budyń o takim smaku, tudzież ciastko z kremem. Jednym słowem – słodycz. Musze przyznać, że mimo wszystko proporcje są tutaj przyzwoicie wyważone, nie ma mowy o mdłościach, bólu głowy, przesłodzeniu. Ceną za to jest jednak wspomniana nuda, jednostajność, monotematyczność. Deep Night układają się na skórze w postaci słodkiego, delikatnego obłoku i ani myślą przechodzić przez jakieś większe ewolucje. Jedyne na co je stać, to nabranie odrobinę pudrowego charakteru w momencie, kiedy przychodzi czas na drzewno-ambrową bazę.


Monotonia to jeden zarzut, kolejny dotyczy trwałości i intensywności. Czuję te perfumy na skórze przez 3 godziny, po upływie tego czasu muszę wbijać nos w nadgarstek, żeby cokolwiek wykryć. Intensywność zadowala mnie przez mniej więcej godzinę, później zapominam o tym, że w ogóle się perfumowałam.
W niektórych recenzjach wyczytałam, że Deep Night kojarzyć się mogą z perfumami Avonu. Przyznam, że gdyby przyszło mi testować ten zapach nie znając nazwy i marki, byłabym skłonna uznać, że to rzeczywiście jedna z propozycji Avonu (choć nie mam do tej marki żadnych uprzedzeń, niektóre ich perfumy są naprawdę przyzwoite, sama kilka miałam i nosiło się je bardzo przyjemnie).
Szkoda, że moja znajomość z Deep Night przybrała taką formę i że tak szybko się skończy. Z nut, które tworzą tę kompozycję można by wyczarować coś zdecydowanie ciekawszego i przyjemniejszego w noszeniu.  

Nuty zapachowe: cereus, róża, brzoskwinia, morela, nuty drzewne, piżmo, ambra, wanilia.

Źródła zdjęć:
1. http://visit4ads.com
2. http://magazyntuiteraz.pl
3. http://nolavape.com

wtorek, 27 sierpnia 2013

Tobacco Vanille Tom Ford

W zasadzie lubię wanilię w perfumach - nawet ta sztuczna, zmierzająca w kierunku olejku do ciast jest w stanie spodobać mi się, jeśli tylko użyta została w przyzwoitej ilości i jako tako dogaduje się z innymi nutami. Lubię także tytoń, z tym, że w przypadku tej nuty jestem bardziej ostrożna i wyczulona. Miałam pewne obawy co do tego, czy Tobacco Vanille przypadnie mi do gustu, przejrzałam recenzje, sprawdziłam nuty i z jednej strony spodobało mi się to wszystko, z drugiej jednak tytoń, jako jedna z dominujących nut, doprawiony dodatkowo kwiatem tytoniu, studził mój zapał (jak się później okazało – zupełnie niepotrzebnie).


Na mojej skórze Tobacco Vanille są przede wszystkim waniliowo-miodowe. Tytoń dominuje tylko w otwarciu, przez niezbyt długą chwilę. Jest suchy, pylisty, ale też słodki i aromatyczny, nie wypełnia szczelnie przestrzeni, pozwala na złapanie oddechu, dzięki czemu można bez problemu rozkoszować się jego urodą – tym bardziej, że szybko zostaje zdominowany przez słodycz.


Pierwsze skrzypce w tej kompozycji gra wanilia – słodka, miękka, ale też przybrudzona ze względu na wciąż obecną nutę tytoniu (swoją drogą myślę, że Tobacco Vanille prezentuje jeden z najlepiej skonstruowanych duetów tytoń-wanilia).


Poza wanilią jest też miód pitny. Gęsty, nasycony, klarowny, w kolorze karmelowo-złotym, wyraźnie wzbogacony nutą owocową (wiśnie?). Szczególnie dobrze wyczuwam go około godzinę po aplikacji, przyznam, że to mój ulubiony akcent w Tobacco Vanille i życzyłabym sobie, żeby nie znikał, jednak w późniejszej fazie zdaje się nieco przygasać, zajmując miejsce na równi z przykurzoną, waniliowo-tytoniową słodyczą.


Perfumy osiadają na ciepłej, szlachetnej, drewniano-waniliowej bazie, po kilku godzinach wciąż wyraźnie czuć słodycz i owocowo-miodowy niuans, tytoniu jako takiego jest już bardzo mało, stanowi on co najwyżej efektowny dodatek do wanilii.
Trwałość bardzo dobra, około dziesięciogodzinna, Tobacco Vanille są dość intensywne i bardzo nasycone, gęste, dlatego trzeba uważać z dozowaniem ich. Perfumy idealne na jesień/zimę.
Trudno mi pozbyć się skojarzeń z jesienią, leniwym wieczorem spędzanym przy kominku, do którego dodano kilka kropli olejku waniliowego, fajką z dobrej jakości tytoniem oraz domowej roboty miodem pitnym, aromatyzowanym dojrzałymi owocami.


Nuty zapachowe: liść tytoniu, przyprawy, bób tonka, kwiat tytoniu, wanilia, kakao, suszone owoce, nuty drzewne.

Żródła zdjęć:
1. http://thescentedhound.wordpress.com
2. http://skleptytoniowy.bialystok.pl
3. http://monkeyvapes.com
4. http://gotujmy.pl

sobota, 24 sierpnia 2013

Champagne/Yvresse Yves Saint Laurent

Yvresse powstały w 1993 r., pierwotna nazwa tych perfum brzmiała Champagne, jednak w wyniku procesu sądowego wytoczonego przez producentów wina musującego produkowanego z winogron rosnących we francuskim regionie Champagne/Szampanii ich nazwa została zmieniona właśnie na Yvresse.


Zmianie uległa tylko nazwa, flakon oraz sama kompozycja, której autorką jest Sophia Grojsman, pozostała bez zmian.
Yvresse klasyfikowane są jako owocowy szypr. Przyglądając się imponującej piramidzie zapachowej (w końcu to dzieło Grojsman no i lata 90.) nietrudno zauważyć, że taka klasyfikacja nie jest dziełem przypadku czy zachcianki producenta. Wprawdzie nie znajdziemy w otwarciu Yvresse tak charakterystycznych dla szyprów cytrusów, sztandarowej wręcz bergamoty, jednakże serce, a tym bardziej baza tych perfum mają szyprowy charakter bez dwóch zdań.
Bezpośrednio po aplikacji na skórę Yvresse przypominają mi w pewnym stopniu recenzowane już przeze mnie Note Poudree. Podobnie jak w kompozycji M. Micallef, także tutaj mamy do czynienia z dojrzałą brzoskwinią, zasuszoną, ale wciąż dostojną róża oraz całkiem solidną dawką pudru, jednakże o ile w przypadku Note Poudree wszystko podane jest wprost, bardzo dosłownie, o tyle Yvresse kryje w sobie jakąś tajemnicę, skonstruowane jest na bogato – nie dość, że nut jest tu więcej, to występują one w zdecydowanie wyższym stężeniu, a ilość i jakość interakcji między nimi może przyprawić zawrót głowy.
W Yvresse przychodzi nam zmierzyć się przede wszystkim ze sporą ilością słodkich soczystych owoców – nektarynek, brzoskwiń oraz moreli.


Ta owocowa słodycz potęgowana jest dodatkowo przez cynamon, którego dodano całkiem sporo. Mogłoby się wydawać, że mamy tu do czynienia z obrzydliwie słodkim gourmandem, jednakże są w otwarciu dwie nuty, które trzymają tę słodycz w ryzach, jednocześnie odbierając jej jadalny charakter – pierwsza z nich to mięta, druga to kminek. Mięta wprowadza do kompozycji przestrzeń, rześkość, ziołowy wręcz charakter, kminek z kolei odpowiada za lekką gorycz i ostrość, nie gryząc się jednak z pozostałymi nutami.
W sercu kompozycji pojawia się akord kwiatowy – choć w piramidzie Yvresse kwiatów wymienionych jest całkiem sporo, to mój nos wyczuwa tylko różę i fiołka. Nie są to nuty dominujące, stanowią jednak idealne uzupełnienie nut otwarcia, tym przyjemniejsze, że kminek po pewnym czasie łagodnieje, staje się mniej wyczuwalny, a przestrzeń, którą dotychczas gwarantowała mięta, zostaje zagęszczona, wypełniona owocowo-pudrowym woalem. Wszystkie te nuty są ze sobą doskonale spojone, kompozycja jest idealnie zbalansowana, elegancka i klasyczna, ale z drugiej strony nie jest jak sztywny gorset, pozwala czuć się swobodnie.
Baza Yvresse opiera się na dwóch nutach – mchu dębowym oraz paczuli. To właśnie ten duet w największym stopniu odpowiada za szyprowy charakter Yvresse – paczula pozbawiona jest akcentów piwnicznych, nie ma też słodkiego, czekoladopodobnego charakteru – jest zielona i dość ostra, przez co idealnie dopasowuje się do wytrawnego zapachu mchu dębowego. Tak skonstruowana baza fantastycznie współgra ze słodkim, owocowo-kwiatowym pudrem, który jest efektem  ułożenia się nut serca na skórze.
Trwałość nie zawodzi – Yvresse wytrzymują na mojej skórze ok. 9-10 godzin, intensywność również zadowala, choć nie jest to killer.
W 2011 r. marka Yves Saint Laurent wypuściła na rynek serię La Collection, w skład której weszły także odnowione Yvresse w nowym flakonie. 

Nie jestem w stanie porównać obu kompozycji, ponieważ nie miałam do czynienia z nową wersją, jednak sugerując się okrojoną piramidą zapachową oraz opiniami osób, które poznały La Collection Yvresse różnice są wyczuwalne – oczywiście na niekorzyść nowości.


Nuty zapachowe: kminek, morela, nektarynka, brzoskwinia, mięta, anyż, goździk, liczi, irys, cynamon, fiołek, róża, jaśmin, olejek różany, konwalia, ambra, paczula, piżmo, benzoin, kokos, wanilia, mech dębowy, wetiwer, cedr, styraks.

Źródła zdjęć:
1. http://thevintageperfumevault.blogspot.com
2. http://saturdaydownsouth.com
3. http://getprice.com.au

sobota, 17 sierpnia 2013

Sensuous Nude Estee Luder

Jeszcze nie tak dawno temu byłam bliska uznania kokosa za jedną z tych nut, za którymi nie przepadam w perfumach. Spodziewałam się, że Ombre Platine J. Ch. Brosseau odwiodą mnie od tego pomysłu, pokładałam w tych perfumach spore nadzieje i niestety bardzo się rozczarowałam. Już miałam postawić krzyżyk na kokosie, kiedy w ręce wpadły mi dwie kompozycje – wspomniana we wcześniejszej recenzji Reb’l Fleur oraz Sensuous Nude Estee Lauder – ku mojemu zdziwieniu kokos został uratowany i z wielką radością wrócił do łask. Zastanawiałam się, co takiego jest w tych perfumach, że mimo wyraźnie wyczuwalnej nuty kokosowej nie drażnią mnie i chcę je nosić? Tejemnicę Reb’l Fleur chyba udało mi się wyjaśnić wczoraj, dzisiaj pora na Sensuous Nude.


Za klasycznymi Sensuous nie przepadam, rozwijają się na mnie bardzo nieciekawie – po jakimś czasie zawsze dobiega mnie zapach ścierki nasączonej brudną wodą – pozostałością po myciu podłóg. Podchodziłam do nich kilka razy, otwarcie zawsze było przyjemne, potem przychodził czas na porażkę, dlatego ostatecznie odpuściłam sobie Sensuous. 
Poznanie Sensuous Nude to czysty przypadek, ze względu na nieciekawe przejścia z klasykiem nie paliło mi się do poznania nowej wersji. W końcu jednak próbka wpadła w moje ręce, ostrożnie zaaplikowałam perfumy na nadgarstek i… doznałam szoku.
Czytając recenzje natknęłam się na opinie, że Sensuous Nude stanowią odzwierciedlenie naturalnego zapachu kobiecej skóry, w innych spotkałam się ze zdaniem, że to zapach kosmetyków do opalania i słonecznych wakacji w tropikach. Dla mnie Sensuous Nude to perfumy niezwykle ciepłe, miękkie, dające poczucie komfortu i bezpieczeństwa, idealne do noszenia w domu, kiedy nie ciążą nad nami żadne obowiązki, nie musimy nic planować i spieszyć się. Te perfumy zdecydowanie rozleniwiają mnie – w pozytywnym znaczeniu tego zwrotu, wprawiają w błogi stan, którego nie chcę przerywać.


Są dwie rzeczy, które poprawiłabym w Sensuous Nude – pierwsza to trwałość (na mojej skórze około 6-7 godzin) oraz otwarcie, na które składa się niby niezbyt nietypowe połączenie świeżej bergamotki, soczystej mandarynki i lekko wiercącego w nosie pieprzu, jednak w przypadku tych perfum całość przybiera postać słodko-gorzkiego syropu na kaszel, którym często raczona byłam w dzieciństwie. Niby pozostajemy w domowych pieleszach, ale okoliczności wydają się być dość niefortunne. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że ta specyficzna kombinacja trzyma się mnie nie dłużej niż kilka minut, po czym łagodnie przechodzi w zapach zdecydowanie bardziej przyjemny.
Pierwsze skrzypce odgrywa kokos, choć jest on tutaj tak delikatny, przyjemny i nieinwazyjny, że jestem skłonna uznać, iż mam do czynienia z wodą kokosową, a nie kokosem jako takim. 


Woda kokosowa uzupełniona jest jasnym, ciekłym miodem, który dozowany jest w takiej ilości, że nie jest w stanie zmęczyć i zemdlić, doskonale współgra tak z kokosem, jaki i z miękkim, słodkim białym piżmem. To właśnie te trzy nuty sprawiają, że Sensuous Nude są tak ciepłe i niezwykle komfortowe, żadna z nich nie wybija się na pierwszy plan, stanowią perfekcyjnie dobrane trio, doskonale uzupełniając się i wzajemnie przenikając.
Ten etap trwa przez mniej więcej 3-4 godziny, po czym nuty serca gładko rozpływają się na drewnianej podstawie, w której dominuje sandałowiec wzmocniony gęstym, słodkim ambrowym akcentem z dodatkiem jadalnej wanilii. Nutą, która pozwala na tak łagodne przejście z serca do bazy jest właśnie wanilia – w środkowym akordzie stanowi ciepłe tło, wraz z upływem czasu gęstnieje i wyraźniej zaznacza swoją obecność, żeby ostatecznie zagrać jedną z głównych ról w bazie.
Jestem zdecydowanie zauroczona tymi perfumami, moja znajomość z nimi na pewno nie skończy się na próbce. Jeśli uda mi się zdobyć odlewkę i podczas używania jej nie zmienię zdania – będę polować na flakon.


Nuty zapachowe: bergamotka, mandarynka, pieprz, różowy pieprz, piżmo, jaśmin, konwalia, kokos, biały miód, ambra, wanilia, nuty drzewne, heliotrop, sandałowiec.

Źródła zdjęć:
1. http://mimifroufrou.com
2. http://crazyauntpurl.com
3. http://huffinesinstitute.org

piątek, 16 sierpnia 2013

Reb'l Fleur Rihanna

Często narzeka się, że perfumy sygnowane nazwiskami gwiazd mniejszego lub większego formatu są kiepskie – o marnej trwałości, niskiej jakości składników, robione na jedno kopyto, płaskie, nudne, monotonne i często tak słodkie, że na samą myśl o nich zbiera się na mdłości. Przy okazji dostaje się także flakonom, których kształty przechodzą czasami ludzkie pojęcie, a jakość tworzyw, z jakich zostały wykonane, woła o pomstę do nieba.
Tymczasem doświadczamy zalewu rynku perfumeryjnego przez kolejne propozycje piosenkarek, aktorek, osobistości znanych tylko z tego, że są znane. Zadowolone z tego procederu są przede wszystkim same gwiazd(k)i – utarg z całego przedsięwzięcia mają niemały. Kolejna grupa, która odnosi korzyści to oczywiście fani, którzy muszą mieć flakon, bez względu na to czy jego zawartość jest zupełnie pośledniego sortu czy rzeczywiście może się podobać. O nosach, producentach, dystrybutorach i całej reszcie zamieszanej w proces powstawania i wprowadzania perfum na rynek nie wspomnę. W całym tym towarzystwie znajdują się też osoby, które nie są szczególnie zainteresowane tym, kto lansuje określony zapach (chociaż są też tacy, którzy nie użyją konkretnych perfum choćby nie wiem jak fantastyczne były, bo sygnowane są nazwiskiem Paris Hilton czy innej nieszczęśliwej kobiety), ale chciałyby poznać strukturę i jakość tego zapachu.
Nigdy nie ciągnęło mnie jakoś szczególnie do poznawania perfum gwiazd, jeśli jednak pojawiała się ku temu okazja, zawsze z niej korzystałam. Niektóre rzeczywiście były kiepskie, mdłe i płaskie, inne całkiem przyzwoite, ale nietrwałe lub nie w moim typie. Zdarzyło się też kilka takich, które choć pozornie nie powinny mnie zainteresować, to jednak spodobały mi się do tego stopnia, że od czasu do czasu chętnie je noszę i czerpię z tego nieskrywaną przyjemność. Dobrym przykładem takich perfum są Reb’l Fleur Rihanny. Z samą artystką nie czuję się w żaden sposób związana, a jej twórczość nie robi na mnie większego wrażenia, poznanie Reb’l Fleur było więc dziełem przypadku.


Najpierw, kilka miesięcy temu, był test na blotterze. Początek przypadł mi do gustu – słodka, owocowa masa z odrobiną cierpkości, nie przesadzona ani nie przesłodzona, niestety po pewnym czasie przekształciła się w nieznośny dla mnie duet kokos –wanilia i na tym skończyła się przyjemność z poznania tych perfum.
Prawdopodobnie kolejny test nie zdarzyłby się zbyt szybko, gdyby nie fakt, że przy okazji ostatniej wymiany stałam się posiadaczką niewielkiej odlewki Reb’l Fleur. Pamiętając o wcześniejszych doświadczeniach zaaplikowałam perfumy na nadgarstek i ponownie zachwyciłam się otwarciem. Podobnie jak na blotterze, także na skórze wyczułam słodko-cierpki miks brzoskwini, śliwki i czerwonych jagód – mocny, intensywny, skomponowany bardzo zgrabnie, bez jakichkolwiek zgrzytów i niedociągnięć. Muszę przyznać, że to mój ulubiony etap rozwoju tych perfum.


To owocowe szaleństwo trwa na mojej skórze około 20 minut, po czym gładko przechodzi w kierunku kokosowej słodyczy. Kokos nie stanowi tu jedynej nuty (na całe szczęście, bo w przeciwnym wypadku byłabym niepocieszona) – choć dominuje, to uzupełniony jest sporą ilością skarmelizowanego cukru oraz odrobiną maślanej, łagodnej tuberozy. Ta faza różni się zdecydowanie od tego, co otrzymałam podczas testów na blotterze. Choć całość jest słodka, wręcz balansuje na granicy przyzwoitości jeśli chodzi o ilość słodyczy, to jednak nie męczy i sprawia przyjemność z noszenia. Reb’l Fleur trwa w tej postaci przez kilka godzin, zachowując przyzwoitą intensywność, żeby ostatecznie przejść do bazy opartej na słodkiej, jadalnej wanilii,  suchej, czekoladowej paczuli oraz wciąż obecnym kokosowo-cukrowym duecie.


Wbrew wcześniejszym obawom, Reb’l Fleur nosi się przyjemnie i komfortowo, nie czuję się znudzona ani zmęczona, choć mam świadomość, że w przypadku tych perfum nie byłabym w stanie wpaść w ciąg. Ze względu na sporą dawkę słodyczy, przyzwoitą intensywność oraz dobrą, około 7-godzinną trwałość, więcej radości powinny sprawić w chłodniejsze dni, choć jeśli są ostrożnie dozowane, to spisują się bardzo dobrze także przy nieco wyższych temperaturach.
Reb’l Fleur pojawiły się na rynku w 2010 r., a twórcami kompozycji są Caroline Sabas i Marypierre Julien.
Flakon, choć prosty, w mojej ocenie nie jest zbyt urodziwy, pamiętam jednak o tym, że bywają na rynku znacznie gorsze. Szczególnie duże pojemności wydają się być nieporęczne.
Ostatnia kwestia - sklasyfikowanie tych perfum jako owocowy szypr uważam za żart, dla mnie to zdecydowanie owocowy gourmand.


Nuty zapachowe: brzoskwinia, śliwka, czerwone jagody, tuberoza, fiołek, kokos, hibiskus, piżmo, paczula, ambra, wanilia.

Źródła zdjęć:
1. http://blog.perfume.com
2. http://rgbstock.com
3.http://heloday.com

niedziela, 11 sierpnia 2013

Rose The One Dolce&Gabbana

Dzisiejsza recenzja będzie lekka, prosta i treściwa, tak jak perfumy, które stanowią jej przedmiot. Chodzi o Rose The One marki Dolce&Gabbana, wariację na temat klasycznych The One z 2006 r. Wersja różana zagościła na rynku w 2009 r., a jej autorem jest Michel Girard. W założeniu ma być lżejsza, subtelniejsza i bardziej pudrowa niż klasyk, w mojej opinii należy jeszcze dodać, że bardziej dosłowna, niepoważna i słabsza, w skrócie – typowy fruity-floral, jakich mnóstwo w drogeriach, ładny i bezpieczny, wielofunkcyjny, na różne okazje, ale bez krzty charakteru i indywidualizmu.


Otwarcie to nic innego jak guma balonowa o smaku wieloowocowym, gdzie na pierwszy plan wybija się czarna porzeczka, słodkie, ale subtelne liczi oraz obowiązkowo cytrus – w tym przypadku grapefruit, który ma za zadanie wprowadzić do kompozycji odrobinę ekstrawagancji w postaci rześkiej kwaskowatości.


Nie mija kwadrans, a słodka, owocowa guma balonowa przekształca się w jednolitą, kremową masę, w której nuty owocowe sprowadzone zostają do roli tła, a przed szereg wysuwają się róża i piwonia – duet dziewczęcy, miły dla nosa, ale, jak już wspomniałam, pospolity, do bólu przewidywalny. Wprawdzie nie jest to mdła różana konfitura, ale też nie ma mowy o naturalistycznym odwzorowaniu rzeczywistej woni tych kwiatów – są one zbyt silnie zespojone z różowym, owocowym kremem uformowanym z nut otwarcia.


Im bliżej bazy, tym więcej w Rose The One wanilii, która ostatecznie pochłania pozostałe nuty, pozostawiając na skórze słodką, jadalną wręcz poświatę, której obecności świadoma może być jedynie osoba nosząca te perfumy, ponieważ ich intensywność nie zachwyca, podobnie zresztą jak trwałość, oscylująca w granicach 4-5 godzin.
Propozycja dobra przede wszystkim na wiosnę i niezbyt uciążliwe pod względem temperatury lato, zdecydowanie do podobania się, nie do szokowania i zwracania uwagi.


Nuty zapachowe: czarna porzeczka, grapefruit, mandarynka, konwalia, róża, liczi, piwonia, lilia, ambrette, sandałowiec, piżmo, wanilia.

Źródła zdjęć:
1. http://perfumeriastyl.pl
2. http://devashrutibanerjee.blogspot.com
3. http://foodmayhem.com

wtorek, 6 sierpnia 2013

Love Eau Intense Chloe

W poprzedniej recenzji zachwycałam się przypadkowo poznanymi Eau de Gucci, dzisiejszy wpis będzie peanem na rzecz innych przypadkowo poznanych perfum, które również zawładnęły mną bez reszty (a narzekałam, że takie zapachowe olśnienia trafiają się rzadko, dobre sobie…).
Dzisiaj w roli głównej wystąpią Love Eau Intense Chloe. Choć perfumy te dostępne są na rynku od 2011 r. (podziękowania należą się Louise Turner oraz Nathalie Gracia-Cetto), dopiero niedawno przyszło mi do głowy, że warto byłoby je poznać. Jak to zazwyczaj w moim przypadku bywa, zamiast skorzystać z możliwość poznania Chloe w perfumerii, naczytałam się opisów i recenzji, po czym zdecydowałam się na zakup odlewki. Zarówno nuty, jak i recenzje nie wywoływały u mnie niepokoju, wręcz przeciwnie – ekscytację, dlatego też nie miałam większych obaw co do tego, że może to być strzał nietrafiony. Kiedy w końcu odebrałam przesyłkę, okazało się, że miałam całkowitą rację - Love Eau Intense przeszły moje najśmielsze oczekiwania.


Nie będę rozwodzić się nad podobieństwem do wersji podstawowej z 2010 r. z tego względu, że dotychczas nie udało mi się jej poznać (po niezwykle pozytywnym zaskoczeniu wersją intensywną będę musiała wkrótce zmienić ten stan rzeczy), dlatego przejdę od razu do opisu moich odczuć względem Eau Intense.
Przyznam, że najbardziej zachwyca mnie otwarcie – eksplozja fioletowych, pudrowych kwiatów, wśród których dominuje słodki heliotrop oraz niezwykłej urody bez, tło dla nich stanowi elegancki, stonowany irysowy puder. Ilość akcentów pudrowych może przytłoczyć co wrażliwsze nosy, jednak Ci, którzy nie obawiają się ciężaru gatunkowego pudru, ale nie przepadają za nim, bo nasuwa skojarzenia z czymś kwaśnym i nieprzyjemnym, powinni spróbować Eau Intense – nie ma tu śladu nieprzyjemnych, zleżałych nut, jest za to mnóstwo ciepła, spokoju i rozleniwiającego uroku.


Cieszę się, że nuty głowy nie ulatują w mgnieniu oka, tylko trwają na mojej skórze przez kilkanaście minut. Po tym czasie kompozycja zaczyna się zmieniać. Pudrowy, fioletowy kobierzec kwiatów zostaje podszyty dość słodką, ale z drugiej stroną zieloną, balsamiczną nutą, która uszlachetnia i zagęszcza perfumy, doskonale współpracując z kwiatowym ciepłem. Ta faza trwa mniej więcej 3-4 godziny, po upływie tego czasu coraz wyraźniej do głosu dochodzi piżmo, które uzupełnione jest ciepłym waniliowym akcentem. Choć wanilia jest dość dobrze wyczuwalna, to jednak piżmo (pudrowe, ale nieco metaliczne) gra w bazie pierwsze skrzypce. Kwiaty zostają zepchnięte na dalszy plan, balsam peruwiański również przycicha, jednak nie znika zupełnie, od czasu do czasu zaskakując charakterystyczną dla siebie słodyczą.
Love Eau Intense trwają na mojej skórze ok. 8 godzin, przy czym projekcja zachwyca przez pierwszych kilka godzin, natomiast baza potulnie trzyma się blisko skóry. Co ciekawe, perfumy te nie zmęczyły mnie nawet podczas upałów, jednak ja jestem zagorzałą wielbicielką kompozycji należących do kategorii pudrowej, dlatego mimo wszystko zalecam ostrożność przy takiej pogodzie i uważam, że Love Eau Intense lepiej sprawdzą się przy niższych temperaturach.
Cieszę się, że wpadł mi do głowy pomysł poznania tych perfum, z miejsca wskoczyły do mojej listy top 5 (podobnie jak Eau de Gucci). Kiedy skończę odlewkę, na pewno rozejrzę się za flakonem.
Jeszcze jedna kwestia – Love Eau Intense w pewnym stopniu przypominają mi… Broadway Nite Bond No. 9, jednak z pominięciem aldehydowo-fiołkowego otwarcia. W obu przypadkach mamy do czynienia ze sporą dawką heliotropu, jest irysowy puder, waniliowe ciepło oraz piżmowa baza. Broadway Nite bardzo lubię, dlatego tym bardziej cieszę się, że mam Love Eau Intense.

Nuty zapachowe: irys, heliotrop, hiacynt, bez, wisteria, piżmo, balsam peruwiański, wanilia.

Źródła zdjęć:
1. http://omfragrances.com
2. http://pauldemaria.com 

sobota, 3 sierpnia 2013

Eau de Gucci EDT

Czasami zdarza się tak, że przez przypadek poznajemy perfumy, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia, które prawdopodobnie nigdy nie zwróciłyby naszej uwagi i zakochujemy się w nich od pierwszego testu. Takie sytuacje nie zdarzają się często, dlatego są tym bardziej cenne, a ja, z nieskrywaną radością mogę ogłosić, że właśnie dzisiaj przyszło mi poznać zapach, który oczarował mnie całkowicie do tego stopnia, że pożądam flakonu bardziej, niż czegokolwiek innego – chodzi o Eau de Gucci.


Pierwsza wersja tych perfum, Eau de Gucci concentree, pojawiła się na rynku w 1982 r. Na portalu fragrantica.com możemy znaleźć informację, że Eau de Gucci wprowadzono do sprzedaży w 1993 r. Możliwe, że informacja ta dotyczy wody toaletowej, ponieważ taka koncentracja również jest (choć bardziej odpowiednim słowem byłoby „była” – Eau de Gucci nie są już produkowane) dostępna. Sama jestem posiadaczką wersji EDT, niestety nie miałam przyjemności poznać Eau de Gucci concentree, dlatego pominę próbę analizy porównawczej obu zapachów.
W jednej z recenzji wyczytałam, że w pewnym stopniu perfumy te podobne są do Boudoir Vivienne Westwood (które swoją drogą od kilku lat darzę niezmiennym uwielbieniem). Jest w tym stwierdzeniu trochę prawdy. Obie kompozycje cechuje dojrzała, kwiatowa pudrowość, w obu wyraźnie wyczuwam obecność hiacynta i bzu, jednakże nie mogę stwierdzić, że jest to podobieństwo siostrzane. Eau de Gucci jest bardziej gładka, spokojna, bez ciężkich, fizjologicznych nut, brakuje w niej przypraw i tytoniu, który tak wyraźnie wyeksponowany jest w kompozycji Westwood.
Zamiast tego otrzymujemy świeże, dość gorzkie otwarcie, podbite subtelną, mydlaną nutą, gdzie pierwsze skrzypce gra wspomniany już hiacynt, bergamotka oraz żywiczne galbanum, które jest odpowiedzialne za gorzki, ostry charakter kompozycji.


Z ostrej, mydlanej świeżości perfumy ewoluują w kierunku subtelnej, niezwykle kobiecej woni bukietu kwiatów, wśród których ewidentnie najważniejszą rolę odgrywa bez (nieco syntetyczny, ale wciąż przyjemny dla nosa, jeden z lepszych, jakie udało mi się poznać w perfumach), a towarzyszy mu słodki, kremowy akord wiciokrzewu i jaśminu. Ta kwiatowa bomba otulona jest niezwykle miękkim, łagodnym pudrowym woalem, który dodaje kompozycji niedzisiejszego uroku.


Pudrowe kwiaty dominujące w sercu Eau de Gucci pozostają podszyte wytrawną nutą galbanum, dzięki czemu całość z jednej strony nie jest nudna i dosłowna, z drugiej natomiast płynnie przechodzi do bazy, w której najistotniejszą rolę odgrywa mech dębowy oraz aromatyczny cedr.
Uniwersalna klasyka w najlepszym wydaniu, która zobowiązuje. Zbyt dużo w Eau de Gucci klasy, nonszalancji i niewymuszonego wdzięku, żeby można stwierdzić, że nadają się na każdą okazję. Świetnie sprawdzą się w pracy, na spacerze, w teatrze, ale nie wyobrażam ich sobie wśród dzikiego tłumu szalejącego gdzieś w klubie.
Trwałość uznaję za zadowalającą, na mojej skórze ok. 7-8 godzin, intensywność także w normie, na pewno nie jest to killer, można liczyć na delikatny woal otulający „nosiciela”.


Nuty zapachowe: mandarynka, hiacynt, ylang-ylang, bergamotka, cytryna, galbanum, wiciokrzew, tuberoza, lilia, fiołek, bez, irys, jaśmin, konwalia, róża, ambra, piżmo, mech dębowy, wanilia, wetiwer, cedr.

Źródła zdjęć:
1. http://fragrantica.com
2. http://perfumela.com
3. http://essentialnaturaloils.com
4. http://123rf.com

czwartek, 1 sierpnia 2013

See by Chloe

Recenzując Chloe Intense napisałam, że nie czuję się emocjonalnie związana z kompozycjami marki Chloe (nie dotyczy to tylko Chloe Love Intense, które zamówiłam w ciemno ze względu na obiecujące nuty i zachęcające opinie oraz wspomnianych Chloe Intense). Prawdopodobnie przeszłabym obojętnie także obok See by Chloe i obyło by się bez recenzji, jednakże dzięki dobrej duszy, która obdarowała mnie próbką, mam możliwość poznania tych perfum i napisania kilku zdań na ich temat.


See by Chloe weszły na rynek pod koniec 2012 r., a ich twórcą jest Michel Almairac, autor takich klasyków jak Zen Shiseido, Venezia Laura Biagiotti, JOOP! Femme, Jil Sander Woman III, Rush oraz Rush 2 Gucci czy Margaretha Ley Escady.
Jeśli chodzi o See by Chloe odnoszę wrażenie, że pan Almairac nie przyłożył się do pracy (choć całkiem możliwe jest, że efekt, jaki otrzymał, był zupełnie zamierzony). Ta kompozycja zupełnie mnie nie porywa. To coś dobrego dla mas, coś, co może się dobrze sprzedać, bo idealnie wpisuje się w obowiązujący już od dłuższego czasu w mainstreamie nurt politycznej poprawności, kwiatowo-owocowej przewidywalności, słodkiej, piżmowo-waniliowej nudy.
Pierwsze wrażenie jakie odniosłam przy testowaniu See by Chloe – jabłko (lub kwiat jabłoni, jak chce producent), odrobina kwitnącego jaśminu i rześki aromat bergamotki – całość niby przestrzenna, lekka i rześka, idealna na cieplejszą porę roku, ale w tej pozornej przejrzystości kryje się coś słodko-mdłego, męczącego, rozbełtanego, dającego niezbyt przyjemny efekt. 


Dodatkowo wszystkie ten nuty potraktowane zostały sporą dawką lakieru do włosów (to akurat poczytuję na plus, lubię takie syntetyczne wstawki, dodają zapachom charakteru).
Co dzieje się dalej? Lakier do włosów ulatnia się, pozostawiając jednak posmak czegoś sztucznego, nienaturalnego, plastikowego. Świeżo-mdłe nuty jabłka i jaśminu tężeją, ocieplają się, wchodząc w konotacje z piżmem. Żeby nie wywołać dysonansu piżmo w See by Chloe także nie jest przedniej urody. Niby zagęszcza i zmiękcza kompozycję, ale jest w nim coś metalicznego, brudnego, co powoduje, że nadal nie odczuwam przyjemności z noszenia tych perfum. Na domiar złego, tak ujęte piżmo przejmuje kontrolę nad pozostałymi nutami, trzymając w ryzach całą kompozycję do samego końca.
Sytuacja ulega niewielkiej poprawie w bazie – pomimo męczącej, piżmowej dominacji pojawia się w See by Chloe coś ciepłego i miękkiego, starając się przełamać niekomfortową dla mnie sytuację i wprowadzić odrobinę klasy i szlachetności – mam na myśli drewno sandałowe. Dzięki tej nucie perfumy stają się mniej meczące, bardziej kremowe i przyjazne dla mojego nosa, jednak to za mało, żebym mogła przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona tą propozycją od Chloe.
Jestem w stanie nosić See by Chloe w domowym zaciszu, w celach poznawczych, mogę podejmować próby polubienia tych perfum, jednakże ubrana w ten zapach nie byłabym w stanie wyjść do ludzi. Zupełnie nie moja bajka, choć jak już wspomniałam, może przypaść do gustu szerszemu gronu odbiorców.
Trwałość – przeciętna, w moim przypadku ok. 6 godzin, intensywność robi wrażenie jedynie przez pierwszą godzinę, potem perfumy układają się blisko skóry i dają o sobie znać przy bardziej gwałtownym ruchu czy powiewie wiatru.


Nuty zapachowe: bergamotka, kwiat jabłoni, jaśmin, ylang-ylang, piżmo, sandałowiec, wanilia.

Źródła zdjęć:
1. http://nstperfume.com
2. http://mooseycountrygarden.com