Wspominałam już chyba kiedyś, że lubię słodycz w perfumach. Bywają takie okresy, kiedy sięgam po perfumy z kategorii gourmand zdecydowanie częściej niż po inne, jednak rzadko zdarza się, żeby jakiś "perfumeryjny wyrób cukierniczy" zawojował moje serce, dlatego też niemałe było moje zdziwienie, kiedy podeszłam do testów Manifesto - zaliczyłam zupełnie nieoczekiwane zauroczenie, śmiem twierdzić, że jedno z największych w tym roku.
Bezpośrednio po aplikacji nastąpił szok - naczytałam się trochę o tych perfumach i dotychczas niespecjalnie ciągnęło mnie do testera w perfumeriach, tymczasem niespodziewanie znalazłam się w posiadaniu próbki, zaaplikowałam odrobinę na nadgarstek, nie oczekując większego cudu i... totalnie mnie poraziło - to jest świetne!
Będąc w euforii pozwoliłam sobie na wysmażenie recenzji już po kilku godzinach od pierwszego kontaktu, teraz, po upływie jakichś 2 tygodni, nie zmieniłabym w niej ani słowa, nadal trwam w zachwycie (jak nietrudno zgadnąć, nie zadowoliłam się tylko próbką).
W Manifesto kremowa, gęsta, gładka wanilia (oczywiście, że spożywcza, ale to nie zarzut) doskonale połączona jest z odrobiną soku z czarnej porzeczki, garstką aromatycznych, zielonych liści obecnych w otwarciu, żywiczną, nieco plastikową słodyczą fasoli tonka oraz nutami drzewnymi w bazie. Słodyczy jest tu sporo, ale jest to słodycz z klasą, elegancka, utrzymana w granicach dobrego smaku, nie mdli mnie ani nie męczy. To co piszę może wydawać się paradoksalne, bo z jednej strony spożywczy klimat, z drugiej klasa... czy ciastko albo budyń waniliowy mogą być eleganckie? Zahacza to o kuriozum, ale takie są moje odczucia. ;)
Niby banał, niby dla mas, niby to już było - ale tak fantastycznie na mojej skórze jeszcze nie pachniało!
Mimo zarzutów dotyczących wybitnie mainstreamowego charakteru, nudy, wszechobecnej, mdłej słodyczy i jednostajności sądzę, że warto przetestować Manifesto, być może zaskoczą. Mnie zaskoczyły, bardzo na plus.
Trwałość solidna, w granicach 7 godzin, moc raczej umiarkowana, choć przez pierwsze 2 godziny wybija się ponad normę.
Manifesto dostępne są w koncentracji wody perfumowanej, w pojemnościach 30, 60 i 90 ml, a ich objawienie na rynku miało miejsce w sierpniu 2012 r.
Nuty zapachowe: czarna porzeczka, bergamotka, nuty zielone, konwalia, jaśmin, cedr, drzewo sandałowe, wanilia, fasola tonka.
Źródła zdjęć:
1. http://www.fragrantica.ro
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yves Saint Laurent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yves Saint Laurent. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 10 listopada 2014
sobota, 24 sierpnia 2013
Champagne/Yvresse Yves Saint Laurent
Yvresse powstały w 1993 r., pierwotna nazwa tych perfum brzmiała
Champagne, jednak w wyniku procesu sądowego wytoczonego przez producentów wina musującego
produkowanego z winogron rosnących we francuskim regionie Champagne/Szampanii
ich nazwa została zmieniona właśnie na Yvresse.
Zmianie uległa tylko nazwa, flakon oraz sama kompozycja, której
autorką jest Sophia Grojsman, pozostała bez zmian.
Yvresse klasyfikowane są jako owocowy szypr. Przyglądając się imponującej
piramidzie zapachowej (w końcu to dzieło Grojsman no i lata 90.) nietrudno zauważyć,
że taka klasyfikacja nie jest dziełem przypadku czy zachcianki producenta. Wprawdzie
nie znajdziemy w otwarciu Yvresse tak charakterystycznych dla szyprów cytrusów,
sztandarowej wręcz bergamoty, jednakże serce, a tym bardziej baza tych perfum mają
szyprowy charakter bez dwóch zdań.
Bezpośrednio po aplikacji na skórę Yvresse przypominają mi w pewnym
stopniu recenzowane już przeze mnie Note Poudree. Podobnie jak w kompozycji M.
Micallef, także tutaj mamy do czynienia z dojrzałą brzoskwinią, zasuszoną, ale wciąż
dostojną róża oraz całkiem solidną dawką pudru, jednakże o ile w przypadku Note
Poudree wszystko podane jest wprost, bardzo dosłownie, o tyle Yvresse kryje w
sobie jakąś tajemnicę, skonstruowane jest na bogato – nie dość, że nut jest tu
więcej, to występują one w zdecydowanie wyższym stężeniu, a ilość i jakość interakcji
między nimi może przyprawić zawrót głowy.
W Yvresse przychodzi nam zmierzyć się przede wszystkim ze sporą
ilością słodkich soczystych owoców – nektarynek, brzoskwiń oraz moreli.
Ta
owocowa słodycz potęgowana jest dodatkowo przez cynamon, którego dodano całkiem
sporo. Mogłoby się wydawać, że mamy tu do czynienia z obrzydliwie słodkim
gourmandem, jednakże są w otwarciu dwie nuty, które trzymają tę słodycz w
ryzach, jednocześnie odbierając jej jadalny charakter – pierwsza z nich to
mięta, druga to kminek. Mięta wprowadza do kompozycji przestrzeń, rześkość,
ziołowy wręcz charakter, kminek z kolei odpowiada za lekką gorycz i ostrość,
nie gryząc się jednak z pozostałymi nutami.
W sercu kompozycji pojawia się akord kwiatowy – choć w piramidzie Yvresse
kwiatów wymienionych jest całkiem sporo, to mój nos wyczuwa tylko różę i
fiołka. Nie są to nuty dominujące, stanowią jednak idealne uzupełnienie nut
otwarcia, tym przyjemniejsze, że kminek po pewnym czasie łagodnieje, staje się
mniej wyczuwalny, a przestrzeń, którą dotychczas gwarantowała mięta, zostaje
zagęszczona, wypełniona owocowo-pudrowym woalem. Wszystkie te nuty są ze sobą
doskonale spojone, kompozycja jest idealnie zbalansowana, elegancka i klasyczna,
ale z drugiej strony nie jest jak sztywny gorset, pozwala czuć się swobodnie.
Baza Yvresse opiera się na dwóch nutach – mchu dębowym oraz paczuli.
To właśnie ten duet w największym stopniu odpowiada za szyprowy charakter
Yvresse – paczula pozbawiona jest akcentów piwnicznych, nie ma też słodkiego,
czekoladopodobnego charakteru – jest zielona i dość ostra, przez co idealnie
dopasowuje się do wytrawnego zapachu mchu dębowego. Tak skonstruowana baza
fantastycznie współgra ze słodkim, owocowo-kwiatowym pudrem, który jest
efektem ułożenia się nut serca na
skórze.
Trwałość nie
zawodzi – Yvresse wytrzymują na mojej skórze ok. 9-10 godzin, intensywność również
zadowala, choć nie jest to killer.
W 2011 r.
marka Yves Saint Laurent wypuściła na rynek serię La Collection, w skład której
weszły także odnowione Yvresse w nowym flakonie.
Nie jestem w stanie porównać
obu kompozycji, ponieważ nie miałam do czynienia z nową wersją, jednak sugerując
się okrojoną piramidą zapachową oraz opiniami osób, które poznały La Collection
Yvresse różnice są wyczuwalne – oczywiście na niekorzyść nowości.
Nuty
zapachowe: kminek, morela, nektarynka, brzoskwinia, mięta, anyż, goździk,
liczi, irys, cynamon, fiołek, róża, jaśmin, olejek różany, konwalia, ambra,
paczula, piżmo, benzoin, kokos, wanilia, mech dębowy, wetiwer, cedr, styraks.
Źródła zdjęć:
1. http://thevintageperfumevault.blogspot.com
2. http://saturdaydownsouth.com
3. http://getprice.com.au
czwartek, 20 czerwca 2013
Cinema Yves Saint Laurent - EDT a EDP
Cinemę w wersji eau de parfum poznałam mniej więcej cztery lata temu - w czerwcu. Najmniejszą pojemność nabyłam w ciemno, w jednej ze sprawdzonych perfumerii internetowych. Choć pogoda była podobna do tej, jaką obecnie mamy za oknem (wciąż dobrze pamiętam pierwszą sesję egzaminacyjną w towarzystwie żaru lejącego się z nieba), to Cinemę nosiło mi się fantastycznie. Dlaczego miałoby być inaczej? Dlatego, że kompozycja ta nie jest najlżejszego kalibru - słodkie waniliowo-migdałowe ciastko serwowane wespół z aromatyczną, mocną earl grey. Moc i trwałość Cinemy jest wyśmienita, trzyma się około dziewięciu godzin, dlatego mogłam czuć się podduszona i zmęczona. Tak się jednak nie stało. Przez całe lato często gościła na mojej skórze i ani razu nie odczułam nieprzyjemnych skutków ubocznych, podobnie zresztą jak w kolejnych latach. Co tu dużo mówić, perfumy z klasą, o doskonale wyważonych proporcjach.
Dzisiaj odebrałam wersję eau de toilette, dzięki czemu mogłam zabrać się za testy porównawcze.
Choć nie ma przepaści między obiema wersjami, to pewne różnice łatwo można wytropić.
EDP jest jak gęsty, słodki syrop, zdecydowanie bardziej ambrowy, nuta earl grey (za którą odpowiada chyba połączenie klementynki i cyklamenu, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy) jest zdecydowanie bardziej wyraźna, z kolei w EDT jest zdecydowanie więcej przestrzeni, całość nie jest tak nasycona i gęsta, akord herbaciany wciąż jest obecny, nie posiada jednak takiej mocy jak ten w EDP.
W EDT wyraźniej wyczuwalne są nuty kwiatowe, szczególnie piwonia, jaśmin póki co nie chce w pełni odkryć na mojej skórze swojego oblicza. Co na pewno jest wspólne, to słodki, niemal spożywczy, ale daleki od taniego i nieprofesjonalnego wykonania, duet waniliowo-migdałowy - to on stanowi rdzeń obu wersji, wokół niego układają się pozostałe nuty, jednak w nieco innej kolejności.
Nie zauważyłam różnicy w mocy i trwałości między EDP a EDT, jestem nimi zachwycona.
Także flakony, swoją drogą miłe dla oka, są identyczne.
Gwoli ścisłości - Cinema powstała w 2004 r., a jej twórcą jest Jacques Cavallier. Niestety została wycofana, można ją dostać za pośrednictwem internetu, oczywiście w odpowiednio wysokiej, jak na wycofane perfumy, cenie.
Nuty zapachowe: klementynka, cyklamen, kwiat migdałowca, piwonia, amarylis, jaśmin, ambra, benzoes, białe piżmo, wanilia.
Źródła zdjęć:
1. http://www.perfumoteka.pl
2. http://www.perfumeblvd.com
Dzisiaj odebrałam wersję eau de toilette, dzięki czemu mogłam zabrać się za testy porównawcze.
Choć nie ma przepaści między obiema wersjami, to pewne różnice łatwo można wytropić.
EDP jest jak gęsty, słodki syrop, zdecydowanie bardziej ambrowy, nuta earl grey (za którą odpowiada chyba połączenie klementynki i cyklamenu, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy) jest zdecydowanie bardziej wyraźna, z kolei w EDT jest zdecydowanie więcej przestrzeni, całość nie jest tak nasycona i gęsta, akord herbaciany wciąż jest obecny, nie posiada jednak takiej mocy jak ten w EDP.
W EDT wyraźniej wyczuwalne są nuty kwiatowe, szczególnie piwonia, jaśmin póki co nie chce w pełni odkryć na mojej skórze swojego oblicza. Co na pewno jest wspólne, to słodki, niemal spożywczy, ale daleki od taniego i nieprofesjonalnego wykonania, duet waniliowo-migdałowy - to on stanowi rdzeń obu wersji, wokół niego układają się pozostałe nuty, jednak w nieco innej kolejności.
Nie zauważyłam różnicy w mocy i trwałości między EDP a EDT, jestem nimi zachwycona.
Także flakony, swoją drogą miłe dla oka, są identyczne.
Gwoli ścisłości - Cinema powstała w 2004 r., a jej twórcą jest Jacques Cavallier. Niestety została wycofana, można ją dostać za pośrednictwem internetu, oczywiście w odpowiednio wysokiej, jak na wycofane perfumy, cenie.
Nuty zapachowe: klementynka, cyklamen, kwiat migdałowca, piwonia, amarylis, jaśmin, ambra, benzoes, białe piżmo, wanilia.
Źródła zdjęć:
1. http://www.perfumoteka.pl
2. http://www.perfumeblvd.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)





