środa, 12 sierpnia 2015

Euphoria Liquid Gold Calvin Klein

W jednej z poprzednich recenzji narzekałam na morderczą, miodową słodycz Euphorii Gold. W tej recenzji wezmę na tapetę perfumy, których nazwa brzmi podobnie, ale sam zapach jest zgoła odmienny (bez porównania lepszy).
Euphoria Liquid Gold, bo to ona jest bohaterką dzisiejszej opowieści, pachnie zupełnie nie jak Euphoria, jest niepodobna do wszystkich innych kompozycji sygnowanych tą nazwą, które (mniej lub bardziej szczęśliwie) zaszczyciły swoją obecnością rynek perfumeryjny. Być może dlatego tak bardzo przypadła mi do gustu. Jest to edycja limitowana, pojawiła się na rynku w 2014 r. i dostępna miała być jedynie w krajach Bliskiego Wschodu, ale jak wiadomo, chcieć to móc – nie trzeba wybrać się za granicę, żeby zdobyć te perfumy.


Euphoria Liquid Gold szczyci się nieskomplikowaną piramidą zapachową - tworzą ją tylko trzy nuty – cynamon, orchidea oraz sandałowiec. Wszystkie są doskonale wyczuwalne, przy czym na mojej skórze dominuje prawdziwy, aromatyczny cynamon, gęsta, waniliowa słodycz orchidei oraz miękkie, kremowe drzewo sandałowe pozostają nieco w tyle.
Co ciekawe, poza wyżej wymienionymi nutami, wyczuwam również w strukturze zapachowej oud, daktyle oraz wanilię. Być może to właśnie ten oud, którego nie ma, sprawia, że ta wersja Euphorii jest w odbiorze wybitnie „arabska”? Daktyle początkowo są słodkie, soczyste, jakby były zanurzone w gęstym, cukrowym syropie, z czasem jednak stają się bardziej wytrawne, ale z drugiej strony pozostają słodkie i aromatyczne. Wanilia jest gęsta, tłusta, leniwie maślana, podobna nieco do tej z Aoud Vanille M. Micallef.
Nosząc Euphorię Liquid Gold czuję, że pachnę „egzotycznie”, na bogato, z przepychem, gęstą, rozleniwiającą słodyczą przełamaną suchym, pylistym cynamonem i zaczepnym, ale nie agresywnym agarem. Zupełnie, jakbym była jedną z bohaterek Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy.
Wyśmienita kompozycja, jedna z najlepszych, jakie ukazały się pod szyldem marki Calvin Klein. Nawet nazwa perfum wydaje się być doskonale dopasowana do zapachu.


Moc i trwałość również zachwycają, Liquid Gold trzymają się mnie nawet 10 godzin, otulając słodkim, orientalnym welonem. Polecam wszystkim wielbicielom bliskowschodniej egzotyki, którzy nie obawiają się solidnej dawki gęstej, zawiesistej słodyczy.

Nuty zapachowe: cynamon, czarna orchidea, drzewo sandałowe.

Źródła zdjęć:
1. http://www.wojooh.com
2. http://www.asme.org

czwartek, 30 lipca 2015

Black Sugar Aquolina

Stało się, mam Aquolinę. Co więcej, podoba mi się Aquolina, nawet bardzo. Co w tym dziwnego? Marka ta słynie z produkcji dosłownych, ostentacyjnie słodkich perfum, których noszenie grozi nabiciem sobie dodatkowych kalorii bez konieczności jedzenia czegokolwiek. Wystarczy spojrzeć na nazwy: Pink Sugar, Gold Sugar, Blue Sugar, Chocolovers… Wśród nut dominują wanilia, toffee, karmel, bita śmietana, creme brulee. Można sobie wyobrazić współczynnik zacukrzenia Aquolin - toksyczne gourmandy pełną gębą, równie przyjazne człowiekowi jak tysiąc kalorii wyniesionych ze słodkiej świątyni rozpusty, domku podstępnej czarownicy, czy jak kto woli cukierni.


Od słodyczy jestem uzależniona od niepamiętnych czasów i jawnie się do tego przyznaję. Od czasu do czasu nie pogardzę również dobrze ukręconymi perfumami z kategorii gourmand, Aquolin jednak nosić nie chcę. Gdybym użyła, dajmy na to, Pink Sugar, czułabym się przebrana, a nie ubrana, zupełnie jakbym założyła białą bluzkę albo sukienkę w pastelowym kolorze… Ten słodko-kolorowy świat to zdecydowanie nie moja bajka.
Tymczasem w moje ręce wpadły Black Sugar...


Spojrzałam na nie przychylniej, bo black w nazwie, bo czarny, przyzwoicie wyglądający flakon i w końcu, bo nuty – skóra, kadzidło, oud, mirra… to wszystko faktycznie jest w Black Sugar. Oczywiście nie ma mowy o braku słodyczy, pierwsze skrzypce gra słodka, spożywcza wanilia, ale nie razi mnie to jakoś szczególnie z tego względu, iż ta słodycz jest doskonale utemperowana przede wszystkim przez skórę. Wanilia i skóra grają role pierwszoplanowe, przez co Black Sugar w pewnym stopniu przypominają mi Black Bvlgari. Role drugoplanowe należą do agaru (kolejne perfumy, w których ta nuta mi nie przeszkadza, zadziwiam samą siebie) oraz kadzidła. Mirra oraz malina to aktorzy trzecioplanowi, a może nawet tło, prawie ich nie czuć.
Jeśli chodzi o ewolucję Black Sugar, to sprowadza się ona do łagodzenia i tonowania mocnego, wyrazistego otwarcia. To właśnie na początku, przez pierwsze 2 godziny akord skórzano-kadzidlany jest najlepiej wyczuwalny, im bliżej bazy, tym jest go mniej, wanilia całkowicie przejmuje ster, choć nie udaje jej się przekształcić Black Sugar w zwyczajne, waniliowe ciastko.
Jestem pozytywnie zaskoczona mocą i trwałością – na skórze Black Sugar utrzymują się nawet 8 godzin, we włosach czy na ubraniach najprawdopodobniej trwają w nieskończoność (niczym to hiperkaloryczne ciastko, które poszło w uda i ani myśli zniknąć).
Jest ogon. Waniliowo-skórzano-dymny ogon. Aquolino, dobra robota!

Nuty zapachowe: agar, wanilia, malina, drzewo sandałowe, mirra, skóra, kadzidło.

Źródła zdjęć:
1. http://www.hansel-gretel-witch-hunters.wikia.com
2. http://www.fragrantica.pl

niedziela, 26 lipca 2015

Fusion Sacree for her Majda Bekkali

Fusion Sacree to jedne z niewielu perfum, które nieźle dają mi popalić, szczególnie w otwarciu, kiedy to przyjmują naprawdę ohyd…, nie, specyficzne oblicze. Na (nie)szczęście całkiem przyjemnie ewoluują i z paskudnego, rosołowo-rabarbarowego potworka przekształcają się w udaną i przyjemną w noszeniu, kwiatowo-orientalną kompozycję. Pozwolę sobie przedstawić te perfumy wykorzystując piramidę zapachową, wydaje mi się, że tak będzie najłatwiej i najbardziej czytelnie.

Otwarcie: rabarbar – pojawia się łącznie z gorzkimi liśćmi, pokryty jest ziemią, kwaśny, nieszczególnie jadalny. Prawie jak barszcz. Sosnowskiego. Ponadto włoszczyzna, w której prym wiedzie moja trauma wszechczasów - nać pietruszki, wszystko wyjęte z tłustego, zimnego rosołu. Czarna porzeczka, a raczej cały krzew, bo poza owocami są też charakterystycznie pachnące, aromatyczne liście, nie ma tu miejsca na słodki, gęsty sok porzeczkowy.
Serce: figa – mięsista, słodko-gorzka, lekko podgniła, nieszczególnie sympatyczna. Tuberoza i gardenia – królowe w całym towarzystwie, wyraźnie wybijające się, pachnące niezbyt naturalnie, gdyż wpadają w pułapkę chińskich gumek do mazania. Kwiat pomarańczy – indolowy. Bardzo indolowy. To mówi samo za siebie.
Prawie jak zaczarowany ogród... w szczególnym tego określenia znaczeniu.


Baza: najprzyjemniejsza i najbezpieczniejsza w noszeniu. Gdyby Fusion Sacree od początku pachniały tylko bazą, byłyby przeze mnie bardzo lubiane i doceniane. Świeże igiełki sosnowe (a może jodłowe albo świerkowe… sprawdziłam, podobno jodłowe), ciepła, balsamiczna słodycz, szczypta suchej, pylistej wanilii oraz odrobina aromatycznego espresso - kawa przywędrowała do bazy z otwarcia. Nie dziwię się jej, też bym stamtąd uciekła, bez zastanowienia.
Jak widać, sporo się dzieje w Fusion Sacree. Ktoś mógłby powiedzieć, że wręcz za dużo i jak to w ogóle możliwe. Fusion Sacree siedzą na skórze przez cały dzień, a nawet dłużej, więc mają wystarczająco dużo czasu, żeby przetransformować się w tak spektakularny sposób. Moc też mają niemałą, dzięki czemu ta cała metamorfoza jest łatwa do wyczucia. Ciekawe, kwiatowo-orientalne dziwadełko. Wprawdzie ani mi się śni nosić te perfumy globalnie, ale od czasu do czasu na nadgarstku, dla testu, jako kara/nagroda… czemu nie?

Nuty zapachowe: kawa, bergamotka, mandarynka, kolendra, rabarbar, czarna porzeczka, nektar figowy, gardenia, kwiat pomarańczy, tuberoza, jaśmin, goździk (przyprawa), jodła kanadyjska, wanilia, balsam Tolu, heliotrop, cedr, ambra, piżmo, paczula.

Źródła zdjęć:
1. http://www.luckyscent.com
2. http://www.worldiscover.com

sobota, 25 lipca 2015

Calligraphy Saffron Aramis

Jest przełom lata i jesieni, późne popołudnie. Promienie słońca nie są już tak ostre i przenikliwe, powietrze stało się bardziej rześkie i lekkie. Z pobliskiej łąki, na której pojawiły się już pierwsze nitki babiego lata, nadal można wyczuć delikatny zapach dzikich ziół i kwiatów, choć nie sposób oprzeć się wrażeniu, że przyroda powoli szykuje się na nową porę roku. Jest to czas specjalny, przełomowy, magiczny.


Przez kuchenne okno urządzonej w tradycyjnym stylu wiejskiej chaty leniwie wpływa łagodne, ciepłe światło słoneczne. W powietrzu unosi się zapach nalewki miodowo-ziołowej, doskonałej jako remedium na pierwsze chłodne wieczory i wczesnojesienne spadki odporności. Na drewnianym stole rozsypane są aromatyczne przyprawy, wśród których szczególnie intensywnie daje o sobie znać szlachetny, suchy, wyraźnie miodowy aromat szafranu. Niedaleko przypraw stoi wazon pełen pięknych, rdzawo-złotych aksamitek.
Tak właśnie pachnie Calligraphy Saffron. Kojarzy mi się z ciepłem, spokojem, łagodnością. Niby jest swojski, ale też tajemniczy. Niby radosny, ale na wskroś sentymentalny. Niby optymistyczny, ale na swój sposób skłaniający do refleksji.


Fantastycznie ewoluuje, z cierpko-słodkiego, wręcz gorzkiego, wyraźnie „leczniczego” charakteru zmienia się w łagodny, miękki, przyprawowo-miodowy orient. Wszystkie nuty tworzą doskonałą, magiczną harmonię, nic się nie kłóci, nic nie gryzie, nie zakłóca odbioru kompozycji.
Calligraphy Saffron to doskonały, miękki, ciepły orient w „europejskim” wydaniu, który trwa na skórze przez mniej więcej 6 godzin, pozycja obowiązkowa dla miłośników gatunku oraz dla tych, którzy chcieliby rozpocząć swoją przygodę z perfumami orientalnymi, ale nie do końca wiedzą, jak się za to zabrać.

Nuty zapachowe: bergamotka, aksamitka, szafran, róża turecka, lawenda, fasola tonka, wetiwer, styraks.

Źródła zdjęć:
1. http://www.natura.swietokrzyskie.travel
2. http://www.theperfumelounge.com

wtorek, 21 lipca 2015

Glam Rose Les Parfums de Rosine

Obecna na rynku od 2011 r. Glam Rose to mój ulubieniec jeśli chodzi o markę Les Parfums de Rosine. Nazwa perfum jest według mnie trochę przewrotna – można by się spodziewać, że po pierwsze jest to nowoczesna kompozycja w stylu glamour, a po drugie, że w Glam Rose nutą przewodnią będzie królowa kwiatów… nic bardziej mylnego. Prym wiedzie tu czysty, słodki, miękki, pudrowy fiołek parmeński. Róża jest dla niego godną, niemal równorzędną partnerką, ale nie da się ukryć, że pozostaje nieco w tyle, całkowicie usatysfakcjonowana rolą, jaką przyszło jej pełnić. Być może to tytularne przywództwo zawierające się w nazwie perfum zupełnie jej wystarcza?


Myślę, że kompozycja jest typowa dla marki Les Parfums de Rosine – klasyczna, tradycyjna, powiedziałabym nawet, że w pewnym stopniu zachowawcza, ale też urocza, bezpretensjonalna i niesamowicie kojąca.
Otwarcie jest dość rześkie, z wyraźnie zaznaczoną obecnością liści czarnej porzeczki (gdybym nie zerknęła na spis nut, stwierdziłabym, że to po prostu jakaś miła dla nosa, nieinwazyjna zielenina), które dość szybko gasną, dając pole do popisu dwóm głównym bohaterom – fiołkowi oraz charakterystycznej dla Les Parfums de Rosine, dystyngowanej, szlachetnej róży.


Ciekawym zabiegiem jest według mnie wprowadzenie do piramidy zapachowej nut owocowych – liczi oraz maliny. Szczególnie ta druga jest wyraźnie wyczuwalna, nadaje kompozycji słodko-cierpkiego charakteru, mam wrażenie, że ma za zadanie wprowadzić nieco zamieszania w tym klasycznym, wyważonym towarzystwie i tym samym być ukłonem w kierunku zwolenników bardziej „współczesnych” perfum.
Najprzyjemniejszym etapem jest dla mnie baza – miękka, łagodna, wręcz mleczna, podbita subtelnym, zamszowo-piżmowym akordem. Za każdym razem kiedy dobijam do bazy, czuję się wprowadzona w najwyższy stopień wyciszenia i błogiego rozleniwienia.
Trwałość zadowalająca, sięga około 7 godzin, moc przeciętna, dzięki czemu nie czuję się jakbym dostała pudrowym obuchem w łeb, ale unosiła się na miękkim, pastelowo-fioletowym obłoku - poprawiaczu nastroju.

Nuty zapachowe: ambrette, pieprz, liść czarnej porzeczki, jaśmin, róża, fiołek, liczi, piżmo, cedr Virginia, malina, zamsz.

Źródła zdjęć:
1. http://www.perfumeriaquality.pl
2. http://www.paintingsilove.com ("Roses and Violets" Jaanika Talts)

sobota, 11 lipca 2015

Truth or Dare Naked Madonna

Truth or Dare Naked spodobały mi się już przy pierwszym kontakcie, jednak początkowo wydawało mi się, że to klasyczne Truth or Dare pozostaną moim faworytem. Minęło trochę czasu, mój zachwyt nad klasykiem zdążył przeminąć (choć nadal uważam, że to bardzo dobre perfumy), natomiast sympatia do Truth or Dare Naked pozostała, a nawet umocniła się.


Kompozycja niby prosta, niezaskakująca i łatwa w odbiorze, ale jednocześnie niesamowicie komfortowa, kremowo-miękka, niczym najcieplejszy, najbardziej wygodny sweter. Kojarzy mi się z niczym niezmąconym spokojem, bezpieczeństwem, kubkiem słodkiego kakao i ulubioną lekturą czytaną przy kominku w niespokojny, jesienny wieczór.


Jeśli chodzi o kompozycyjne detale, to główną oś w Truth or Dare Naked stanowi benzoes - sporo ciepłego, gęstego, żywicznego benzoesu, wokół którego krążą pozostałe nuty - kwiat brzoskwini, który ukryty jest pod postacią słodkiego syropu (a może likieru?) brzoskwiniowego, kremowa, zahaczająca o waniliowe klimaty orchidea, hojnie posłodzone, ale nie przesłodzone kakao i odrobina agaru, który pośród tej dość mocno skoncentrowanej słodyczy jest jak pstryczek w nos, dodaje kompozycji nieco wytrawności, jednocześnie nie odbierając jej miękkiego, ciepłego charakteru.
Jest w tych perfumach coś, co kojarzy mi się z Ginestet Botrytis - przytulna aura, miodowa, gęsta, zawiesista wręcz słodycz, której choć jest sporo, to nie mdli i nie dusi, bo jest dojrzała, doskonale wyważona.
Jedyne moje zastrzeżenie kieruję w stronę trwałości - maksymalnie 6 godzin to dla mnie trochę mało, choć z drugiej strony używanie Truth or Dare Naked to czysta przyjemność, dlatego nie będę czepiać się takich detali.
Wiele osób jest uprzedzonych w stosunku do perfum sygnowanych nazwiskami/pseudonimami wszelkiej maści gwiazd i gwiazdeczek (w wielu przypadkach rozumiem tę niechęć). Truth or Dare Naked to jedne z tych perfum, które są w stanie przełamać niezbyt szczęśliwą opinię na temat jakości celebrity scents - są naprawdę solidnie skomponowane oraz wyśmienicie poprawiają samopoczucie. I niewiele kosztują. I mają uroczy, trumienkopodobny falkon. I z dostępnością nie ma problemu. Dobrze jest je mieć.

Nuty zapachowe: wiciokrzew, kwiat brzoskwini, neroli, kwiat wanilii, kakao, konwalia, cedr, benzoes, drzewo sandałowe, agar.

Źródła zdjęć:
1. http://www.madonnaonline.pl
2. http://www.pinterest.com

środa, 8 lipca 2015

Ananda Dolce M. Micallef

Zabierając się do napisania recenzji Anandy Dolce pomyślałam, że będzie mieć ona, chcąc nie chcąc, charakter obronny. Czytając dostępne w internecie opinie na temat tych perfum można natknąć się na takie określenia jak dramat, porażka, nieporozumienie, wstyd dla marki, tandetny plastik, wtórny ulep… zupełnie jak drugorzędna gwiazdka z Hollywood, która przedobrzyła z „dietą zmieniającą rysy twarzy.”
Wśród nielicznych opinii, które zdają się być w najlepszym wypadku neutralne, pojawiają się porównania do gumy balonowej o smaku brzoskwiniowym, galaretek, żelków, płynu do płukania – brzmi to niezbyt ambitnie i nieszczególnie zachęcająco.


Muszę przyznać, iż na początku mojej znajomości z Anandą Dolce również byłam nieco zawiedziona (niestety, nadal uważam, że jest najmniej zachwycająca z całej rodziny), ale w końcu przekonałam się i w obliczu wszechobecnego pocisku traktuję te perfumy trochę na zasadzie my guilty pleasure.
Wieść gminna niesie, iż inspiracją do stworzenia Anandy Dolce miał być zapach prowansalskiego powietrza, które na przełomie lutego i marca przesycone jest subtelnym aromatem kwiatów migdałowca. Idąc tym tropem, można wywnioskować, że inspiracją przy tworzeniu flakonu (bardzo trafiającego w mój upiorny gust) były prowansalskie wzgórza, które w tym samym czasie mienią się barwami mlecznej bieli i delikatnego, pudrowego różu.


Nie wiem jak pachnie powietrze w Prowansji na przełomie lutego i marca (w sumie… w ogóle nie wiem jak pachnie powietrze w Prowansji), ale wiem jak pachnie Ananda Dolce.
Te perfumy faktycznie nie grzeszą naturalnością, szczególnie w otwarciu. Rzeczywiście są niemal zupełnie zanurzone w słodkim, owocowo-kwiatowym duchu mainstreamu. W końcu – to prawda, że można w nich odnaleźć echo gumy do żucia czy jak kto woli słodkich galaretek w cukrowej otoczce. Zastanawiam się tylko, czy marka Micallef, jak przedstawicielka niszy, jako pierwsza zapuściła się w tego typu klimaty? Oczywiście, że nie. Na niszowym rynku dostępna jest cała masa perfum, które nie pachną jakoś szczególnie naturalnie, są słodkie, mainstreamowe, łatwe i (nie)przyjemne w odbiorze, a mimo to w jakiś magiczny sposób na tym rynku się utrzymują. Ananda Dolce to tylko/aż kolejna pozycja na tej liście.
W moim odczuciu te perfumy doskonale nadają się na okres wiosenno-letni, ze szczególnym naciskiem na wiosnę. Są stosunkowo lekkie, zwiewne, delikatne, nie przytłaczają nadmiarem słodyczy (choć wyobrażam sobie, że mogą zemdlić, bo ta słodycz jest jednak sztuczna, a przez to wymagająca), pozwalają swobodnie oddychać.
Najbardziej słodkie i skondensowane jest otwarcie, w którym odnajduję wspomniane już galaretki o smaku brzoskwiniowo-migdałowym (aromat niezbyt identycznym z naturalnym, ale na swój sposób przyjemny), im bliżej bazy, tym bardziej Ananda Dolce, łagodnieje, nabiera lekkości, przestrzeni, staje się kremowa i gładka. Podejrzewam, że w głównej mierze jest to zasługa piżma oraz bukietu wiosennych białych kwiatów o drobnych płatkach w mlecznym kolorze.
Trwałość i moc uznaję za przeciętne - mniej więcej 6 godzin, brak ciągnącego się kilometrami ogona. 
Prawdą jest, że Astier i Nejman nie wspięli się na wyżyny sztuki perfumeryjnej tworząc Anandę Dolce, ale mimo to nie spisuję tych perfum na straty i używam ich od czasu do czasu bez poczucia winy i zażenowania.

Nuty zapachowe: migdały, brzoskwinia, kwiat migdałowca, białe kwiaty, ambra, fasola tonka, białe piżmo.

Źródła zdjęć:
1. http://www.mmicallef.com
2. http://www.provence-travel.com

wtorek, 7 lipca 2015

Loukhoum Eau Poudree Keiko Mecheri

Loukhoum Eau Poudree, czyli moja perfumeryjna heroina. Jako zagorzała fanka klimatów pudrowych zapragnęłam zdobyć te perfumy jak tylko ujrzałam słowo „poudree” - zadziałało na mnie jak magnes. To był odruch bezwarunkowy, natychmiastowa reakcja podświadomości. Długo musiałam czekać zanim Woda Pudrowa wpadła w moje ręce, w międzyczasie regularnie odbywałam wycieczki do lokalnej niszowej perfumerii celem dokonywania inhalacji z testera i poprawiania sobie nastroju. To co wypisuję może brzmieć jak zwierzenia narkomanki i faktycznie, coś w tym jest. Te perfumy są dla mnie jak narkotyk, nie pamiętam kiedy ostatnio coś podziałało na mnie równie mocno jak Loukhoum Eau Poudree… No dobrze, pamiętam, ale uroczyście oświadczam, iż zdarza się to niezwykle rzadko.

Wersja pudrowa nawiązuje do pierwowzoru, ale z drugiej strony jest wyraźnie inna - lżejsza, łagodniejsza, pozwala na złapanie oddechu i rozkoszowanie się jej pięknem, podczas gdy klasyczne Loukhoum potrafią dosłownie zaprzeć dech w piersiach i przyprawić o lekki zawrót głowy.
Loukhoum Eau Poudree są bezapelacyjnie urocze, przenoszą mnie w zupełnie inny wymiar, odrealniony świat, w którym czuję się niesamowicie błogo i którego nie chcę opuszczać.
Otwarcie jest bardzo… wiosenne. Wyraźnie wyczuwam świeże, rześkie, zroszone liście mięty. Najprawdopodobniej jest to moja interpretacja liści fiołka, które pachną bardzo miętowo. Poza tym lekka, pastelowa, waniliowo-migdałowa chmurka, niesamowicie miękka i przestrzenna. 


Wraz z upływem czasu zagęszcza się ona dość wyraźnie, ale nadal pozwala oddychać, nie dusi, nie męczy. Pojawia się też róża, bardzo podobna do tej w klasycznych Loukhoum, tutaj jest jej jednak mniej, nie jest tak silnie skoncentrowana. Jest słodka, konfiturowa, ale jednocześnie delikatna i stonowana.
Baza to według mnie absolutne mistrzostwo. Chciałabym dokładnie napisać jak ją odbieram, ale nie potrafię, chyba nie ma takich słów, które byłyby w stanie to oddać (albo mój słownik jest zbyt ubogi). Do tych wszystkich nut, o których wspomniałam – mięty/fiołka, kruchej, waniliowo-migdałowej waty cukrowej, słodkiej róży dołącza ciepły, intymny pudrowy akcent za który najprawdopodobniej odpowiada pojawienie się korzenia irysa i/lub piżma. Cokolwiek to jest, pachnie niesamowicie dobrze. Całość tworzy bardzo zgrany zespół, magiczny monolit, pokuszę się nawet o stwierdzenie – mój perfumeryjny święty graal.
Trwałość i moc są na nieco niższym poziomie niż w przypadku klasyka, jednak 8-9 godzin spędzonych w krainie magii i subtelny, pudrowy welon całkowicie mnie satysfakcjonują.
Keiko kupiła mnie tymi perfumami w 100%, czuję się bezterminowo uzależniona i wcale się tego nie wstydzę.

Nuty zapachowe: piżmo, narcyz, wanilia, korzeń irysa, róża, liść fiołka, migdały, cukier.

Źródła zdjęć:
1. http://www.liberty.co.uk
2. http://www.dailypainters.com ("Cotton Candy Clouds Landscape" Toni Grote)

piątek, 3 lipca 2015

Songes Annick Goutal

Songes to najprawdopodobniej najpiękniejszy obraz frangipani (czy jak kto woli plumerii) w perfumach, jaki dane mi było poznać. Można tu doświadczyć obecności całego bukietu tych kwiatów - z jednej strony są słodkie, odurzające, gęste, niemal namacalne, z mięsistymi płatkami, bogato dosłodzone wanilią, z drugiej natomiast przestrzenne, przełamane jakąś rześką, zieloną, bardzo naturalistycznie oddaną nutą. Nie rozumiem tego paradoksu, ale odbieram go nad wyraz pozytywnie.


Te perfumy to oda do białych kwiatów. Poza frangipani mamy tu do czynienia z obfitym naręczem gardenii i jaśminu, niemal tak samo narkotycznymi i intensywnymi jak frangipani, a jeśli dodać do tego ylang-ylang, których Isabelle Doyen również nie żałowała, łatwo uzmysłowić sobie ciężar gatunkowy Songes. Miłośnicy gęstych, skoncentrowanych, klaustrofobicznych wręcz białych kwiatów powinni być zachwyceni, pozostałym polecam przygotowanie się na ekstremalne doznania i ewentualną konieczność użycia Amolu.


Ze znakomitą większością perfum jest tak, że na mojej skórze wysładzają się w miarę upływu czasu. Pod tym względem Songes bardzo mnie zaskoczyły – najsłodsze są w otwarciu, wtedy ta obezwładniająca kwiatowa słodycz podbita dodatkowo ciepłym, waniliowym obłokiem sięga zenitu, a im dalej w las, tym robi się łagodniej, jakby bardziej wytrawnie – do tego stopnia, że w bazie wyczuwam coś zielono-dymnego, dość ostrego, ale ukrytego w słodkiej, kwiatowo-waniliowej mgle.
Muszę przyznać, że jestem zaskoczona krążącymi w sieci opiniami o kiepskiej trwałości Songes. Wiem, że „co kraj to obyczaj” i każdy przypadek jest inny, ale mając na uwadze wybitne właściwości absorpcyjne mojej skóry, Songes trzymają się bardzo dobrze, bite 7 godzin. Moc również przeszła moje oczekiwania (choć nie jest to boa dusiciel pokroju Angela czy Słonia Kenzo).
Noszę Songes z wielką radością bez względu na porę roku, typ pogody czy inne uwarunkowania klimatyczno-atmosferyczne, jednak muszę przyznać, że najlepiej sprawdzają się w ciepły, wiosenny dzień (i wieczór, wtedy dzieje się prawdziwa magia).

Nuty zapachowe: wanilia, jaśmin, ylang-ylang, frangipani (plumeria), gardenia tahitańska.

Źródła zdjęć:
1. http://www.annickgoutal.nl
2. http://www.photelle.deviantart.com

środa, 1 lipca 2015

Roses Vanille Mancera

Mancera, podobnie jak Montale, idzie w moc i potęgę, produkując siekiery, którym obca jest lekkość, zwiewność i finezja. Ten toporny, nienaturalnie gęsty, ciężki jak ołów klimat można odnaleźć także w Roses Vanille. Na próżno szukać tu półśrodków, metafor, niedopowiedzeń, gry nut - całe bogactwo inwentarza od początku podane jest do publicznej wiadomości i muszę przyznać, że… do pewnego stopniu podoba mi się to.


Już sama nazwa tych perfum doskonale oddaje charakter i istotę tego, co zamknięte jest we flakonie – nienaturalnie słodka, konfiturowa, zahaczająca o granice absurdu róża, odmiana dominatrix oraz chmura kremowej, syntetycznej wanilii - tak gęsta, że bez obaw siekierę można na niej wieszać.
Wyczuwam w Roses Vanille coś jeszcze – miętową czekoladę. Nie mam pojęcia skąd ona się tu wzięła, ale jest i wyśmienicie zabawia mnie swoją obecnością, szczególnie w otwarciu. Może to jakaś mieszanina cytryny, nut wodnych i tej przerysowanej, topornej słodyczy? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, zauważam natomiast dzięki temu paradoksowi pewne podobieństwo do Rose Praline, z tym, że kompozycja od Les Parfums de Rosine jest o wiele bardziej naturalna, łagodna, nie tak nachalnie słodka, ale za to wyraźniej zielona, zachowawcza… i z klasą.
Podoba mi się sposób, w jaki to różano-waniliowo-miętowo-czekoladowe monstrum przechodzi do spokojniejszej, wyciszonej, cedrowej bazy – gładko, płynnie, bez zakłóceń – i trwa w ten słodko-cedrowy sposób przez bardzo długi czas, nie pozwalając o sobie zapomnieć, bo moc ma nie do zdarcia.
Takie dosłowne, bezpośrednie, perfumeryjne kolosy też są, na swój pokręcony sposób, urocze i ja ten urok w zasadzie kupuję – dopóki nie wywołuje migreny albo innych niepożądanych skutków ubocznych.

Nuty zapachowe: nuty wodne, cytryna, róża, cukier, cedr, wanilia, białe piżmo.

Żródła zdjęć:
1. http://www.twitter.com/manceraparfums/

sobota, 27 czerwca 2015

Angel EDP Thierry Mugler

Angel - hydra lernejska perfumeryjnego świata, piwniczny, zatęchły killer, prosektoryjne monstrum, potwór w uroczym flakonie – taki obraz maluje się po przeczytaniu negatywnych opinii, których zatrzęsienie można znaleźć w sieci. Równie liczne są te pozytywne, podkreślające nowatorstwo, kunszt, bogatą strukturę, mnogość wymiarów, feerię doznań, nieoczywistą oczywistość, cuda na patyku, plusy dodatnie, plusy ujemne...
Angel obrósł legendą, stał się klasykiem, doczekał się miliona flankerów, edycji limitowanych, odmian, podgatunków, a co za tym idzie - zapadł w pamięć, pokazał charakter, wzbudził emocje, kontrowersje, spory. Wylewa się na niego najgorsze pomyje, pieje najbardziej ckliwe peany pochwalne.


Przy pierwszym spotkaniu zdecydowanie mnie odrzuciło. Poczułam bliżej nieokreślony smar do samochodu, przeterminowaną, zjełczałą słodycz, gorzki miód, zaliczyłam skojarzenia demoniczne. Parno, duszno i śmierdząco. Wymiękłam.
Po roku kolejne podejście i jakby przełom – użyłam Angela globalnie, ale niedługo potem posłałam w świat. Coś ruszyło, ale nie do końca tak, jak tego oczekiwałam.
Mówią, że do trzech razy sztuka i faktycznie, potwierdziło się – za trzecim razem Angel zagościł u mnie na dłużej. Na swój sposób polubiłam go. To co wcześniej wydało mi się ordynarnie paskudne, teraz zaintrygowało i wzbudziło sympatię. Moje turpistyczne zapędy w końcu ujrzały światło dzienne.
Zmienił się mój stosunek do Angela, przekonałam się do zdobycia większej ilości. Cieszę się szczególnie w okolicach miesięcy ciepłych, bo, (uwaga, w tym miejscu pora na gwóźdź programu) Angel to dla mnie perfumy tylko i wyłącznie letnie. Nie wyobrażam sobie noszenia ich w jakąkolwiek inną porę roku. Całkowitą winę ponosi za to demon polny. Kurtyna.


Kilka słów o samej kompozycji – na podstawie własnych doświadczeń mogłabym napisać, że jest tak brzydka, że aż piękna. Paczulowy zagajnik tuż po deszczu, przeterminowana gorzka czekolada dla niepoznaki polana gorącym karmelem, gęsty, prawie skrystalizowany miód spadziowy, znowu paczula, potwornie słodka, waniliowa wata cukrowa i jeszcze trochę paczuli. I smar do samochodu. I rozkopana ziemia. I południca. Ot, cały Angel.
Mam świadomość, że były reformulacje, nie mam pojęcia na ile zmieniło się oblicze Angela w porównaniu do tego z 1992 r., ale nie zmienia to faktu, iż nadal doświadczam potężnej mocy, zachwycającej trwałości i kapryśnego charakteru, jednocześnie podziwiając i bijąc pokłony.

Nuty zapachowe: melon, kokos, mandarynka, liść czarnej porzeczki, jaśmin, bergamotka, wata cukrowa, miód, morela, jeżyny, śliwka, orchidea, brzoskwinia, konwalia, czerwone jagody, róża, fasola tonka, ambra, paczula, piżmo, wanilia, ciemna czekolada, karmel.

Źródła zdjęć:
1. http://www.aksizo.com
2. http://www.wykop.pl

piątek, 26 czerwca 2015

Euphoria Gold Calvin Klein

Czy zdarzyło się wam przejeść słodyczami tak bardzo, że niemal straciliście kontakt z rzeczywistością? Euphoria Gold jest w stanie zapewnić wam takie same doznania bez konieczności pochłonięcia połowy "asortymentu" najbliższej cukierni.


Z tymi perfumami łączy mnie bardzo osobliwy typ relacji. Teoretycznie jestem wielbicielką miodu, chętnie poznaję i noszę miodowe perfumy, ale w tym przypadku sprawa nie jest prosta, jakby się mogło wydawać.
W zeszłym roku upolowałam odlewkę, użyłam kilka razy, po czym odstawiłam w najciemniejszy kąt szafy, a w końcu z radością wymieniłam. Całkiem niedawno trafiła do mnie próbka, pomyślałam: "co mi szkodzi, spróbuję, przypomnę sobie, w końcu jestem odważna i kocham perfumy." Niestety, w ciągu tych kilku miesięcy od rozstania z odlewką, nic się nie zmieniło.
Bezpośrednio po aplikacji zachwycam się i raduję, wystarczy jednak godzina lub dwie (w zależności od dyspozycji układu odpornościowego), żebym poczuła się jak owad, który zaraz zostanie rozłożony na czynniki pierwsze przez enzymy trawienne rosiczki, gdyż niechybnie dał się nabrać na zgubną słodycz kuszącego nektaru.


Euphoria Gold to dla mnie kwintesencja przesadnie słodkich perfum, zawodnik wagi najcięższej. Przykro mi, że to piszę, ale obecne w tych perfumach bezkresne morze lepkiego miodu ociera się o granice absurdu.
Otwarcie zawsze mnie zachwyca - miód jest tu płynny, ciekły, jasnozłoty, wyraźnie owocowy dzięki obecności soczystej moreli. Ta faza jest spokojna, klarowna i łagodna - jeśli użyje się Euphorii w rozsądnej (minimalnej) ilości.


Wkrótce miód ciemnieje, nabiera gęstości, nuty owocowe cichną, słodycz staje się bardziej skoncentrowana. W tym momencie pojawia się pierwsze widmo negatywnych reakcji ze strony organizmu (jak dobrze, że mam mocną głowę do perfum!). Tej ciężkiej, lepkiej, zawiesistej słodyczy jest tu zwyczajnie za dużo. Jeśli początek jest jeszcze naprawdę przyjemny i łatwy w odbiorze, to im dalej w las, tym słodziej. Ciężej. Gęściej. Olfaktoryczna klaustrofobia. Wszelkie możliwe normy zostają przekroczone. Dziwię się, że Unia Europejska jeszcze nie zarządziła bana.
W końcowej fazie pojawia się paczula, miód osiąga największą możliwą gęstość, stężenie słodyczy wymyka się spod kontroli i cóż... ginę, bezlitośnie pożarta przez krwiożerczą rosiczkę Calvina Kleina. Bardzo chciałam polubić się z Euphorią Gold, ale, jak mawiał poeta, "znowu w życiu mi nie wyszło."
Jeśli chodzi o moc, to muszę przyznać, że przez pierwsze 2-3 godziny jest imponująca, potem nie wiadomo, bo traci się przytomność albo przynajmniej węch (na szczęście czasowo).
Ten wpis nie ma na celu zniechęcenia do testów i poznania Euphorii Gold, perfumy trzeba poznawać, poszerzanie horyzontów w tej dziedzinie jest pożyteczne i (zazwyczaj) przyjemne, dlatego niech ta recenzja będzie raczej dobrą radą niż ostrzeżeniem.

Nuty zapachowe: tangeryna, kumkwat, morela, miód, gardenia, narcyz, paczula, drzewo sandałowe, piżmo.

Źródła zdjęć:
1. http://www.fragrantica.pl
2. http://www.gazeta.us.edu.pl
2. http://www.criticalexaminer.com

czwartek, 25 czerwca 2015

Les 4 Saisons: Hiver M. Micallef

Tak pachnie zima w wersji vintage, być może ta z okresu dwudziestolecia międzywojennego...?
Śnieżne zaspy, przeszywający wiatr, przenikliwy chłód, szczelnie zakryte ciężkimi chmurami niebo, a posród tych wszystkich przeciwności pogodowych Zima - chroni niczym bufor, ogrzewa, otula miękkim, pudrowym obłokiem, maluje uśmiech na twarzy, poprawia nastrój.


Zima pachnie gęstym, luksusowym pudrem irysowym, słodką, narkotyczną wonią ylang-ylang, energetycznym, cierpko-słodkim aromatem skórki pomarańczowej, szczyptą aromatycznego cynamonu, miękką, kremową wanilią, subtelnym białym piżmem oraz szlachetnym sandałowcem.
Wszystkie te nuty tworzą doskonale zbalansowaną całość, szlachetny monolit, który wręcz kipi klasą, elegancją, wyrafinowanym szykiem w dawnym stylu.


Noszenie Hiver jest jak podróż w czasie, odkrywanie magii minionych epok, poznawanie świata, który, pozostając pod przykryciem grubej warstwy białego puchu zdaje się drzemać, ale tak naprawdę tętni życiem - życiem wyższych sfer, które pełne jest przepychu, bogactwa, elegancji, konwenansów.
Po raz pierwszy założyłam Hiver właśnie zimą - wprawdzie nie 90, a 5 lat temu - doskonale wpasowały się w śnieżny, mroźny krajobraz. Od tego czasu nieustannie znajduję się pod urokiem tych niezwykłych perfum i nie potrafię zrozumieć dlaczego podjeto decyzję o wycofaniu całej serii Les 4 Saisons.
W sieci można znaleźć porównania Hiver do Lou Lou czy Cornubii. Rzeczywiście, istnieje podobieństwo między tymi kompozycjami, choć Lou Lou to dla mnie kwintesencja lat 80., Hiver doskonale oddaje ducha niespokojnej, ale jakże nostalgicznej pierwszej połowy XX wieku, a Cornubia łączy w sobie cechy obu tych perfum wzbogacone o łagodny, melancholijny nastrój L'Heure Bleue.
Jeśli chodzi o trwałość i moc Hiver, to są one prawdziwie zimowe - 8 godzin oraz miękki, pudrowy welon gwarantowane.
Od ponad 5 lat Hiver niezmiennie znajdują się w czołówce moich ulubionych perfum. Flakon, który posiadam, traktuję z pietyzmem i oszczędzam, jak tylko mogę. To smutne, że tak fantastyczne kompozycje (cała seria Les 4 Saisons zasługuje na uwagę) są wycofywane.

Nuty zapachowe: neroli, cytryna Amalfi, pomarańcza, irys, jaśmin, ylang-ylang, cynamon, piżmo, drzewo sandałowe, cedr Virginia, migdały, wanilia.

Źródła zdjęć:
1. http://www.chicagoclassicalreview.com
2. http://www.parfumo.de

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Alahine Teo Cabanel

Alahine to jedne z tych perfum, dla których można bezwarunkowo stracić głowę, jeśli tylko jest się fanką/fanem ciepłych, gęstych orientów o wyraźnie kwiatowych konotacjach i jeśli lubi się nieoczekiwane zwroty akcji.
Autor kompozycji, Jean-Francois Latty, dostarcza bogatego, głębokiego, wielowymiarowego orientu, który w swym bogactwie oraz złożoności bywa bezwzględnie kapryśny, żeby nie napisać - bezczelny.


Czasem jest to orient gęsty, upojnie słodki, jedwabiście gładki i kremowy, kiedy indziej natomiast staje się wytrawny, wręcz chłodny, trzymający na dystans, zupełnie jakby zacietrzewił się i strzelił focha, "bo tak."
Mimo wszystko nie potrafię mieć do Alahine pretensji i doceniam jego kunszt oraz piękno nawet wtedy, kiedy on pokazuje mi środkowy palec i ani myśli pójść na współpracę. W takich przypadkach myślę sobie, że faktycznie, miłość jest jak choroba psychiczna.
Kiedy Alahine jest łagodny i potulny, pachnie ciepłym, żywicznym benzoesem, słodkim, wręcz narkotycznym ylang ylang, świeżym, naturalnym sandałowcem oraz gęstym pyłkiem kwiatu pomarańczy, natomiast kiedy ma ochotę zniszczyć mnie olfaktorycznie, idzie w kierunku ostrej, zimnej paczuli, intensywnego, surowego labdanum, wykręcającego nos pieprzu oraz odrobiny wanilii - dla zachowania pozorów, że niby nic sie nie stało i o co w ogóle tyle hałasu.
W obu przypadkach struktura kompozycji jest kompletna, przemyślana i dopracowana w każdym calu - żebym przypadkiem nie znalazła jakiejś niedoskonałości, którą mogłabym wytknąć i wykpić. Cwana bestia.
Trwałość Alahine dobija do 10 godzin, moc początkowo obezwładnia, ale po mniej więcej 2 godzinach pozwala złapać oddech - jednocześnie nie pozwalając zapomnieć, że (i czym) pachnę.
Podsumowując: orientalno-kwiatowy majstersztyk, z którym nie można sie nudzić i którego nie sposób nienawidzić.

Nuty zapachowe: bergamotka, ylang ylang, róża, jaśmin, kwiat pomarańczy, pieprz, irys, francuskie labdanum, benzoes, paczula, drzewo sandałowe, wanilia, piżmo.

Źródła zdjęć:
1. http://www.akoussa.sn

sobota, 20 czerwca 2015

Lithium [3Li] Nu Be

Bohaterką dzisiejszego wpisu jest róża. Ktoś mógłby pomyśleć , że to nic nadzwyczajnego, w końcu róży pokazanej w różnych (mniej lub bardziej udanych) ujęciach w sztuce perfumeryjnej jest od groma, ale... co to jest za róża! Mam dość pojemne serce jeśli chodzi o perfumy, często tracę głowę na krótszą lub dłuższą chwilę, przeżywam mniejsze lub większe miłostki, ale takiego trzęsienia ziemi dawno u mnie nie było.


Lithium to przede wszystkim niesamowita, bordowa, ciemna, naturalnie słodka, do granic możliwości piękna, klasycznie ujęta róża, podkręcona chłodną, wyniosłą wręcz paczulą i (jakby na zasadzie kontrastu) otulona woalem suchego, aromatycznego szafranu.
W tle pobrzmiewa szlachetny, najwyższej klasy cedr oraz lekka, ale wyraźnie podkreślona, smuga miękkiego, piżmowo-irysowego pudru.
Całość kojarzy mi się gotycko, klimatycznie, tajemniczo, ale nie groteskowo, bez sztucznego nadęcia, księżniczek emo i tragikomicznego przerysowania.
Nie ma tu przesłodzonej konitury, romantycznej, skropionej rosą, różyczki ogrodowej, wody różanej czy uroczego bukieciku utkanego z pudrowych kwiatków - jest mrok, szyk i klasyczne, świadome piękno.


Nosząc Lithium czuję się ważnie i poważnie, mrocznie i tajemniczo, szalenie elegancko, zupełnie, jakbym miała klasę.
Dotychczas uważałam, że Morticia Addams mogłaby nosić Habanitę lub Maresciallę, teraz twierdzę, że nie pogardziłaby też Lithium (choć na próżno szukać podobieństw kompozycyjnych między tymi perfumami).


Trwałość rzędu 6-7 godzin, moc w 2 pierwszych godzinach imponująca, potem dość szybko cichnie (pod tym wzgledem mogłoby być trochę lepiej, ale nie będę narzekać).
Cieszę się, że Lithium wpadły w moje ręce, wieszczę nam długą i owocną współpracę.

Nuty zapachowe: cedr, paczula, piżmo, szafran, irys, róża, nuty drzewne, przyprawy.

Źródła zdjęć:
1. http://www.fragrantica.pl
2. http://www. background-kid.com