piątek, 14 listopada 2014

Angel Eau Sucree Thierry Mugler

Od pojawienia się na rynku Angela – protoplasty minęły 22 lata, w tym czasie rynek systematycznie był zalewany kolejnymi flankerami, edycjami limitowanymi i innymi wariacjami na jego temat. Mnogość Aniołów sprawiła, że jeśli kultowy, ale kontrowersyjny klasyk nie trafia w czyjś gust, może zostać zastąpiony inną opcją, trzeba jednak przyznać, że każda z tych odmian w mniejszym lub większym stopniu nawiązuje do pierwowzoru, najczęściej dzięki osławionej już nucie paczuli (ale nie tylko).
Mnie samej udało się opanować klasyka dopiero po kilku podejściach i choć darzę go sympatią, to jednak nie czuję potrzeby posiadania. Ponadto przebrnęłam przez sporą część  anielskiej rodziny, zdarzały się zauroczenia, jak w przypadku wersji fiołkowej czy likierowej, jednak nadal nic mnie nie porywało. W końcu trafiłam na letnią edycję limitowaną z tego roku – Eau Sucree. Ta  opcja podoba mi się najbardziej ze wszystkich Aniołów, a jednocześnie jest najmniej podobna do klasyka. 


Charakterystycznej paczuli jest tyle co kot napłakał, jej echo pojawia się tylko w bazie i jest na tyle niemrawe, że nie wiedząc, iż mam do czynienia z kolejną wersją Angela, nigdy bym na to nie wpadła.
Konstrukcja tego Anioła jest bardzo prosta, wręcz trywialna – sorbet z czerwonych porzeczek (choć oficjalnie są to czerwone jagody), koniecznie z kilkoma listkami mięty (nieobecne w spisie nut, ale jak nic wyczuwalne, dodające kompozycji rześkości i lekkości), który obecny jest w otwarciu dość szybko przechodzi w zapach… bezy. Tylko i aż bezy. Za bezę zabiłabym, więc ta niebywała prostota zupełnie mi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, sprawia wiele radości.


Choć Angel Eau Sucree nie jest zapachem skomplikowanym, wielowymiarowym, z głębią i tajemnicą, to ma w sobie nieodparty urok i wdzięk, niesamowicie poprawia mi nastrój, a przy tym nie wywołuje bólu głowy, mdłości czy innych niepożądanych reakcji organizmu. Oj, srogo mnie wzięło na gourmandy w tym roku...
Moc jest raczej umiarkowana, trwałość całkiem  przyzwoita, mniej więcej 7 godzin, co, jak na wodę toaletową, jest dobrym wynikiem.
Mugler po raz kolejny nie zawodzi, szkoda, że to tylko wersja limitowana, byłoby dobrze zrobić jakiś zapas, póki nie ma problemu z dostępnością.
Angel Eau Sucree dostępny jest tylko w jednej pojemności - 50 ml, w cieszącym oko flakonie, po którym widać, że to jednak Angel. 

Nuty zapachowe: czerwone jagody, beza, paczula, wanilia.

Źródła zdjęć:
1. http://www.nstperfume.com
2. http://www.foodwithrespect.wordpress.com

poniedziałek, 10 listopada 2014

Manifesto Yves Saint Laurent

Wspominałam już chyba kiedyś, że lubię słodycz w perfumach. Bywają takie okresy, kiedy sięgam po perfumy z kategorii gourmand zdecydowanie częściej niż po inne, jednak rzadko zdarza się, żeby jakiś "perfumeryjny wyrób cukierniczy" zawojował moje serce, dlatego też niemałe było moje zdziwienie, kiedy podeszłam do testów Manifesto - zaliczyłam zupełnie nieoczekiwane zauroczenie, śmiem twierdzić, że jedno z największych w tym roku.
Bezpośrednio po aplikacji nastąpił szok - naczytałam się trochę o tych perfumach i dotychczas niespecjalnie ciągnęło mnie do testera w perfumeriach, tymczasem niespodziewanie znalazłam się w posiadaniu próbki, zaaplikowałam odrobinę na nadgarstek, nie oczekując większego cudu i... totalnie mnie poraziło - to jest świetne!
Będąc w euforii pozwoliłam sobie na wysmażenie recenzji już po kilku godzinach od pierwszego kontaktu, teraz, po upływie jakichś 2 tygodni, nie zmieniłabym w niej ani słowa, nadal trwam w zachwycie (jak nietrudno zgadnąć, nie zadowoliłam się tylko próbką).
W Manifesto kremowa, gęsta, gładka wanilia (oczywiście, że spożywcza, ale to nie zarzut) doskonale połączona jest z odrobiną soku z czarnej porzeczki, garstką aromatycznych, zielonych liści obecnych w otwarciu, żywiczną, nieco plastikową słodyczą fasoli tonka oraz nutami drzewnymi w bazie. Słodyczy jest tu sporo, ale jest to słodycz z klasą, elegancka, utrzymana w granicach dobrego smaku, nie mdli mnie ani nie męczy. To co piszę może wydawać się paradoksalne, bo z jednej strony spożywczy klimat, z drugiej klasa... czy ciastko albo budyń waniliowy mogą być eleganckie? Zahacza to o kuriozum, ale takie są moje odczucia. ;)
Niby banał, niby dla mas, niby to już było - ale tak fantastycznie na mojej skórze jeszcze nie pachniało!
Mimo zarzutów dotyczących wybitnie mainstreamowego charakteru, nudy, wszechobecnej, mdłej słodyczy i jednostajności sądzę, że warto przetestować Manifesto, być może zaskoczą. Mnie zaskoczyły, bardzo na plus.
Trwałość solidna, w granicach 7 godzin, moc raczej umiarkowana, choć przez pierwsze 2 godziny wybija się ponad normę.
Manifesto dostępne są w koncentracji wody perfumowanej, w pojemnościach 30, 60 i 90 ml, a ich objawienie na rynku miało miejsce w sierpniu 2012 r.

Nuty zapachowe: czarna porzeczka, bergamotka, nuty zielone, konwalia, jaśmin, cedr, drzewo sandałowe, wanilia, fasola tonka.

Źródła zdjęć:
1. http://www.fragrantica.ro

sobota, 8 listopada 2014

Boudoir Vivienne Westwood

Od mojego ostatniego wpisu minął niemal rok. Nie sądziłam, że po tak długiej przewie wrócę do prowadzenia bloga, co więcej, na przestrzeni tych 11 miesięcy niejednokrotnie byłam bliska podjęcia decyzji o zakończeniu swojej "działalności." Szczęśliwym trafem za każdym razem, kiedy nawiedzała mnie taka myśl, coś mnie powstrzymywało, w końcu zdecydowałam, że wracam do pisania. Pasaj odżyła, nabrała rumieńców, okazuje się, że perfumy nadal zajmują szczególne miejsce w ramach moich zainteresowań.
Z okazji "wielkiego powrotu" postanowiłam, że tę recenzję poświęcę perfumom dla mnie wyjątkowym - mowa o Boudoir Vivienne Westwood. Na dobry początek, na zachętę i pomyślną przyszłość tego bloga. ;)


Pisanie recenzji to dla mnie dość skomplikowana sprawa, tym bardziej, jeśli recenzja dotyczyć ma ukochanych perfum. Mam za sobą kilka podejść do zrecenzowania Boudoir, za każdym razem pojawiała się obawa, że nie uda mi się wystarczająco dobrze wyrazić tego co siedzi w mojej głowie, że o czymś zapomnę lub napiszę coś nie tak jak powinnam (perfekcjonizm prześladuje mnie nawet w tym momencie). W końcu jednak udało mi się zebrać w sobie i zaprawdę powiadam: Boudoir to arcydzieło sztuki perfumeryjnej. 
Zanim jeszcze na dobre wpadłam w wir uzależnienia perfumeryjnego, postanowiłam znaleźć moje pierwsze prawdziwe perfumy, a działo się to pod koniec 2008 r. Przewertowałam internety we wszystkie możliwe strony i Boudoir od razu zwróciły moją uwagę – nuty nic mi jeszcze wtedy nie mówiły, spodobała mi się natomiast flaszka, nazwa, opisy no i fakt, że to od Westwood.
Przez pół roku czaiłam się, aż w końcu w maju 2009 r. dorwałam odlewkę i przepadłam z kretesem. Te kilka mililitrów było dla mnie niczym bałwan, którego hołubiłam z pietyzmem przez kilka miesięcy, do momentu nabycia całych 75 ml. Szczęściu i radości nie było końca, szybko wydrenowałam połowę zawartości flakonu, kiedy niespodziewanie przyszedł kryzys. Pozbyłam się tego co zostało, jednak niedługo potem pożałowałam swojej decyzji. Choć w międzyczasie w mojej kolekcji pojawiały się inne perfumy, a wraz z nimi większe i mniejsze miłości, Boudoir zawsze pozostawały w moich myślach. Szczęśliwym trafem niedawno znów wpadły w moje ręce i teraz już wiem, że będą gościć na mojej półce na wieki wieków enter.
Kilka słów o samej kompozycji – niewątpliwie dojrzała, bogata, pełna przepychu, wręcz duszna. Stanowi swego rodzaju wariację na temat klasyki w świecie perfum, jest kompletna, nasycona i skończona. Nuty kwiatowe, z dominującym, nieco metalicznym goździkiem i słodką różą perfekcyjnie współgrają z dymnym tytoniowym niuansem oraz przyprawowym akordem, w którym dominującą rolę odgrywają cynamon oraz kardamon. Otwarcie jest dość ostre, trzymające na dystans, a to za sprawą niemałej dawki aldehydów, które jednak dość szybko gasną, pozwalając wybić się bukietowi kwiatów oraz przyprawowym dodatkom.
Baza jest wyraźnie cieplejsza, gęstsza i słodsza, za co odpowiada bardzo dobrze wyczuwalna wanilia. Nie jest ona w żadnym calu jadalna, ponieważ łączy się z pozostałymi nutami, tworząc ciepły, intymny, kosmetyczno-pudrowy klimat w stylu retro.


Boudoir to jedne z tych perfum, które w zasadzie wymagają odpowiedniej oprawy, ja jednak nie potrafię oprzeć się pokusie i notorycznie dokonuję „profanacji”, nosząc je na uczelnię, zakupy, zwykły spacer czy dzień spędzony w domu, w dresach.
Trwałość i moc Boudoir zasługują na pochwałę – wystarczą dwa, no może trzy psiknięcia i czuję je bardzo dobrze przez cały dzień (otoczenie z pewnością też), chociaż podoba mi się, że pod koniec stają się bardziej ciche, prywatne, jakby były tylko dla mnie.
Po świecie krążą dwie wersje tych perfum, tzw. "łososiowa", o jaśniejszym kolorze płynu i "koniakowa", ciemniejsza. Moim zdaniem wersje te różni "czas leżakowania" - koniak to starszy łosoś (jakkolwiek to brzmi), który więcej przeszedł i dzięki temu nabrał głębi, ciepła, łagodności i bardziej dojrzałego charakteru. Obie wersje wielbię w takim samym stopniu i przyjmuję z otwartymi ramionami.
Słowem podsumowania: mój signature scent. Kocham, lubię, szanuję i nie porzucę aż do wycofania (co, mam nadzieję, nigdy nie nastąpi).

Nuty zapachowe: aldehydy, kwiat pomarańczy, aksamitka, hiacynt, bergamotka, kolendra, goździk, korzeń irysa, jaśmin, róża, kardamon, narcyz, drzewo sandałowe, paczula, cynamon, wanilia, kwiat tytoniu.

Źródła zdjęć:
1. http://www.frgrantica.es
2. http://www.opheliasafterdark.blogspot.com

sobota, 28 grudnia 2013

Naomi Campbell At Night

Po kolejnej, tym razem rekordowo długiej przerwie w pisaniu, udało mi się w końcu ogarnąć, wynikiem czego przybywam z nową recenzją. Całkiem niedawno stałam się posiadaczką malucha (15 ml) wody toaletowej Naomi Campbell At Night. Jest to wariacja na temat klasyka, pierwszych perfum, jakie wylansowała Naomi w 1999 r. NC At Night dostępne są w pojemnościach 15, 30, 50 ml jako woda toaletowa oraz 50 ml jako woda perfumowana, na rynku pojawiły się w 2012 r.


Jakiś czas temu byłam w posiadaniu pierwowzoru, jednak mimo niezaprzeczalnej urody nie przypadł mi do gustu, czegoś mi w nim brakowało, dlatego w końcu posłałam go w świat. Z wersją At Night jest inaczej. Flakon otrzymałam w prezencie, nie wiedziałam, jak pachną te perfumy, jednak naczytałam się o nich pozytywnych recenzji, dlatego ze spokojem podeszłam do testu nadgarstkowego i… nie rozczarowałam się. Muszę przyznać, że spośród wszystkich perfum Naomi Campbell, które było dane mi poznać, te znajdują się w top 3 moich ulubionych (obok Naomagic i Naomi).
NC At Night są idealne na chłodniejsze dni – ciepłe, otulające, odpowiednio słodkie, z klasą, no i pudrowe (a jak perfumy są pudrowe, to prawdopodobieństwo, że mi się spodobają, jest bardzo wysokie).


Otwarcie jest najbardziej „rześkie” i przestrzenne – kremowa słodycz heliotropu otulona waniliową chmurą przełamana jest bergamotką i nutami zielonymi. Ciekawy kontrast, bardzo dobrze złożony – nic się nie gryzie, nie wykręca nosa. Takie zestawienie przypomina mi trochę wspomniane już Naomagic, w których zastosowano podobny trik.
Wraz z upływem czasu kompozycja gęstnieje, robi się bardziej ciężka, pojawia się charakterystyczna, pudrowa nuta fasoli tonka, z całej tej gęstej masy wyraźnie wybija się sandałowiec. Wszystkie nuty tworzą doskonale zgrany monolit, akcji jest tu niewiele, w zamian za to otrzymujemy błogą, rozleniwiającą słodycz, chociaż odrobiny zaczepności, delikatnego pazura NC At Night odmówić nie można.
Trwałość porządna, zapach utrzymuje się na mojej skórze około 7 godzin, nie mam zarzutów również co do intensywności, szczególnie przez pierwsze 3 – 4 godziny (zbyt hojna aplikacja może w tym czasie przyprawić o ból głowy). Podsumowując – bardzo udany prezent, który z pewnością często będzie w użyciu.

Nuty zapachowe: bergamotka, zielone liście, śliwka, mirabelka, jaśmin, heliotrop, geranium, wanilia, bób tonka, sandałowiec.

Źródła zdjęć:
1. http://www.perfumediary.com
2. http://www.lovethispic.com

niedziela, 10 listopada 2013

Love in Black Creed

Fiołek stanowi jedną z moich ulubionych nut w perfumach, między innymi dlatego, że potrafi przybierać różne formy - od chłodnego, zielonego i gorzkiego przez ziemistego i surowego po miękkiego, ciepłego, pudrowego. Przyznam szczerze, że najbardziej podoba mi się trzecia odsłona, a to dlatego, że pudrowe perfumy to moja ulubiona kategoria w zasadzie od początku mojej przygody z perfumami.


Love in Black, perfumy inspirowane osobą Jacqueline Kennedy, testowałam pobieżnie kilka lat temu, pamiętam, że spodobały mi się, jednak nie na tyle, żeby zawrócić mi w głowie.


Zapomniałam o nich i prawdopodobnie jeszcze przez jakiś czas nie chciałoby mi się do nich wracać, gdybym niespodziewanie nie otrzymała próbki. Pierwszy kontakt wywołał u mnie obojętność. Ziemisty, chłodny fiołek podbity dość mocnym, szorstkim cedrem. Nic strasznego, ale też nic porywającego. Przez chwilę pomyślałam, że moja reakcja podczas pierwszego testu, kilka lat temu, była właściwa, jednak po chwili coś zaczęło się dziać - zrobiło się cieplej, bardziej miękko i z minuty na minutę coraz słodziej (choć wciąż w granicach dobrego smaku). Pojawił się pudrowy, elegancki irys, który wydobył z fiołka łagodną, pudrową słodycz oraz słodki, gęsty sok z czarnej porzeczki. Nie spodziewałam się, że połączenie bukietu pudrowych kwiatów i owocowego soku może dać tak elegancki, wyrafinowany efekt, zgrabnie omijając zbędne nadęcie i egzaltację. Na tym etapie Love in Black przypominają mi nieco Glam Rose od Les Parfums de Rosine, z tym, że są zdecydowanie głębsze, mniej nowoczesne, więcej w nich tajemnicy i dojrzałości, nie ma natomiast róży, która wymieniona jest jako jedna z nut bazy (w Glam Rose jest dobrze wyczuwalna). Brak róży w bazie rekompensuje obecność puchatego białego piżma, które sprawia, że Love in Black nabierają jeszcze bardziej pudrowego, kobiecego charakteru. Doskonała jakość składników i ich proporcje sprawiają, że perfumy nie męczą, nie mdlą i nie powodują bólu głowy. Można im zarzucić monotonię, jednak ja się z tym zarzutem nie zgadzam - Love in Black potrafią być ciepłe, miękkie i wytworne, kiedy indziej natomiast tworzą aurę tajemniczości, dystans, taki rodzaj chłodu, którego nie potrafię opisać. Niezwykła zmienność.


Plus za przyjemny retro twist, dodający Love in Black niedzisiejszego, wyrazistego charakteru.
Trwałość - bez zarzutu, 7 - 8 godzin, intensywność przeciętna, z pewnością nie jest to boa dusiciel.

Nuty zapachowe: fiołek, jaśmin, cedr, irys, goździk, piżmo, czarna porzeczka, róża.

Źródła zdjęć:
1. http://e-vintage.pl
2. http://scentstore.co.uk.
3. http://wallm.com

piątek, 11 października 2013

Angel Liqueur de Parfum (2009) Thierry Mugler

Wersję likierową Angela poznałam w roku 2010 (na rynek trafiła w sierpniu 2009 r.). Z racji tego, że był to okres, kiedy klasycznego Angela nie darzyłam zbyt głębokim uczuciem, likierowego Anioła przyjęłam z otwartymi ramionami. Niestety, moja radość nie trwała zbyt długo. 


Po jakimś czasie Angel Liqueur zaczął mnie najzwyczajniej męczyć, wzbudzać dziwne uczucie niepokoju (nigdy wcześniej żadne perfumy tak na mnie nie oddziaływały), co było tym bardziej frustrujące, że naprawdę polubiłam tę kompozycję. Jakimś sposobem udało mi się zmęczyć sampla i od tego czasu starałam się zapomnieć o nieprzyjemnej niespodziance, jaką zgotowały mi te perfumy. W międzyczasie udało mi się przekonać do klasycznego Angela (choć jest to relacja, w której okresy pożądania przeplatają się ze zmęczeniem i apatią), dlatego zapragnęłam powrócić także do wersji Liqueur. Traf chciał, że mniej więcej miesiąc temu stałam się posiadaczką niewielkiej ilości Angel Liqueur, w sam raz na przypomnienie sobie zapachu i porządne przetestowanie. Niestety, sytuacja nie uległa jakiejkolwiek zmianie. Po trzech latach nadal uważam, że to udana, niezwykła kompozycja, chciałabym móc ją nosić, ale na dłuższą metę nie jestem w stanie. Zachwycam się urodą tych perfum za każdym razem po aplikacji, po to, żeby po godzinie poczuć dobrze mi znane zmęczenie, niepokój i chęć zmycia Angela z nadgarstka. Strasznie mnie to irytuje, ale nie jestem w stanie przeskoczyć tej przeszkody, być może dla mnie to jedne z tych perfum, które mogę wąchać, ale nie nosić.


Co takiego ma w sobie Angel Liqueur, że chciałabym „dać mu radę” i oswoić go? Przede wszystkim emanuje dojrzalszą, bardziej esencjonalną słodyczą, nie jest tak ostry, kanciasty i chłodny jak klasyk, choć jego echa wyraźnie pobrzmiewają w wersji Liqueur. Słodycz tę klasyfikuję jako morze ciemnej, gorzkiej czekolady zmieszanej z płynnym karmelem, doprawionej dodatkowo gęstym, ciemnozłotym miodem. Być może za to miodowe skojarzenie odpowiada koniak zawarty w tej wersji? W każdym razie mam pewność, że to właśnie obecność koniaku dodaje tym perfumom szlachetności i dojrzałości. 


Poza wszechobecną słodyczą, przełamaną wytrawnymi akcentami, nie może brakować nuty charakterystycznej dla Angela – ziemistej, suchej, orzechowej paczuli. W odróżnieniu od klasyka, tutaj paczula jest wyraźnie łagodniejsza, choć wciąż dobrze wyczuwalna, dość chropowata i trzymająca na dystans, dzięki niej właśnie Angel Liqueur, podobnie jak klasyczny Angel, nie jest typowym, jadalnym słodziakiem, ma duszę i (nieco stępiony) pazur.
Angel Liqueur nie ustępuje klasykowi jeśli chodzi o trwałość, natomiast wydaje się być nieco mniej intensywny.
Podejrzewam, że moc tych perfum, w połączeniu z ich gęstością i koncentracją to główne czynniki, które powodują, że tak trudno jest mi zaprzyjaźnić się z Aniołem Likierowym. Nie bez znaczenia jest także połączenie obezwładniającej słodyczy z nutami alkoholowymi i tą sławną paczulą – może nie brzmi to przerażająco, jednak na dłuższą metę mój organizm woli trzymać się od tej mieszanki z daleka. Co mogę dodać… Na pewno będę jeszcze czynić podejścia do tego Angela, jeśli jego cena i dostępność na to pozwolą (jest to niestety wersja limitowana), za bardzo podoba mi się ta kompozycja, żeby tak po prostu odpuścić.
Warto wspomnieć, że w tym roku Thierry Mugler wypuścił na rynek kolejną serię likierowych wersji klasyków, wśród nich także Angela. Flakon ma taki sam kształt jak wersja z 2009 r., jednak różnią się kolorystycznie. Nie miałam okazji przetestować tej nowości, recenzje głoszą, że różnice są wyczuwalne, na to samo wskazują odmienne piramidy zapachowe obu Likierów. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się dopaść wersję z 2013 r. i przekonać się o jej charakterze na własnej skórze.


Nuty zapachowe: bergamotka, owoce tropikalne, wanilia, karmel, paczula, koniak.

Źródła zdjęć:
1. http://nathanbranch.com
2. http://4realleadres.com
3. http://le-cognac.com

sobota, 5 października 2013

Ange ou Demon Givenchy

Po dłuższej przerwie w pisaniu postanowiłam poświęcić kilka słów perfumom, które znam od kilku lat, jednak na zdobycie flakonu zdecydowałam się dopiero teraz. Mowa o Ange ou Demon Eau de Parfum, w krajach muzułmańskich znanych pod nazwą Ange ou Etrange (zmiana nazwy wiąże się ze specyfiką światopoglądu i religii dominującej w tych krajach).


Ange ou Demon wykreowane zostały w 2006 r., a nosami odpowiedzialnymi za ich powstanie są Jean-Pierre Bethouart oraz Olivier Cresp. Zgodnie z tym, co twierdzi producent kompozycja ma być tajemnicza, zmysłowa, uwodzicielska, charyzmatyczna. Coś w tym musi być, bo niejednokrotnie spotkałam się z podobnymi opiniami na temat tych perfum, jednakże moja percepcja dość znacznie odbiega od tego schematu.
Ange ou Demon są słodkie, jednakże w dość nietypowy jak na słodziaka sposób. To nie są perfumy zmysłowe, a tajemnicze, poważne, wręcz trzymające na dystans. Ta słodycz wydaje mi się być podstępna, wręcz jadowita. Idealny wybór na jesienne dni (i wieczory), szczególnie mocno kojarzą mi się z listopadem. Zdaję sobie sprawę, że z takim poglądem na temat Ange ou Demon siedzę w niszy, ale nic na to nie poradzę, skojarzenia są zbyt silne.
Co odpowiada za to, że mam taką a nie inną opinię o AoD? Trzy rzeczy – bardzo dobrze wyczuwalna, szczególnie w otwarciu, nuta szafranu uzupełniona aromatem tymianku, słodki, narkotyczny aromat lilii oraz wszechobecna, odurzająca słodycz wanilii i fasoli tonka.
Słodycz serwowana jest już w otwarciu, jednak ma bardziej przestrzenny charakter przełamana jest przyprawowym niuansem, nad całością dominuje charakterystyczny aromat szafranu. 


Atmosfera dość szybko ulega zagęszczeniu, pojawia się słodki, obezwładniający zapach lilii (może stąd wzięły się moje skojarzenia z listopadem i poważnym charakterem Ange ou Demon?) zagęszczony dodatkowo dusznym akcentem ylang-ylang. Na tym etapie słodycz jest bardziej zbita, gęsta, nienaturalna no i przede wszystkim wyjątkowo mocna. Łagodnieje ona nieco w bazie, gdzie przełamana jest nutą drewna różanego, ciężko jest mi natomiast wykryć mech dębowy, który także znajduje się w spisie nut.


Trwałość perfekcyjna, nawet 12 godzin, intensywność również robi wrażenie – nie tylko bezpośrednio po rozpyleniu perfum. Biorąc pod uwagę to, co napisałam wcześniej, nie wyobrażam sobie pachnieć Ange ou Demon latem, sezon jesienno-zimowy zdecydowanie służy tym perfumom, dlatego mój werdykt nie może być inny - zdecydowanie bliżej im do demona niż do anioła.


Nuty zapachowe: mandarynka, szafran, tymianek, lilia, orchidea, ylang-ylang, fasola tonka, wanilia, brazylijskie drewno różane, mech dębowy.

Źródła zdjęć:
1. http://thefashioninsider.com
2. gourmetsleuth.com
3. http://pinakoteka.zascianek.pl