Fiołek stanowi jedną z moich ulubionych nut w perfumach, między innymi dlatego, że potrafi przybierać różne formy - od chłodnego, zielonego i gorzkiego przez ziemistego i surowego po miękkiego, ciepłego, pudrowego. Przyznam szczerze, że najbardziej podoba mi się trzecia odsłona, a to dlatego, że pudrowe perfumy to moja ulubiona kategoria w zasadzie od początku mojej przygody z perfumami.
Love in Black, perfumy inspirowane osobą Jacqueline Kennedy, testowałam pobieżnie kilka lat temu, pamiętam, że spodobały mi się, jednak nie na tyle, żeby zawrócić mi w głowie.
Zapomniałam o nich i prawdopodobnie jeszcze przez jakiś czas nie chciałoby mi się do nich wracać, gdybym niespodziewanie nie otrzymała próbki. Pierwszy kontakt wywołał u mnie obojętność. Ziemisty, chłodny fiołek podbity dość mocnym, szorstkim cedrem. Nic strasznego, ale też nic porywającego. Przez chwilę pomyślałam, że moja reakcja podczas pierwszego testu, kilka lat temu, była właściwa, jednak po chwili coś zaczęło się dziać - zrobiło się cieplej, bardziej miękko i z minuty na minutę coraz słodziej (choć wciąż w granicach dobrego smaku). Pojawił się pudrowy, elegancki irys, który wydobył z fiołka łagodną, pudrową słodycz oraz słodki, gęsty sok z czarnej porzeczki. Nie spodziewałam się, że połączenie bukietu pudrowych kwiatów i owocowego soku może dać tak elegancki, wyrafinowany efekt, zgrabnie omijając zbędne nadęcie i egzaltację. Na tym etapie Love in Black przypominają mi nieco Glam Rose od Les Parfums de Rosine, z tym, że są zdecydowanie głębsze, mniej nowoczesne, więcej w nich tajemnicy i dojrzałości, nie ma natomiast róży, która wymieniona jest jako jedna z nut bazy (w Glam Rose jest dobrze wyczuwalna). Brak róży w bazie rekompensuje obecność puchatego białego piżma, które sprawia, że Love in Black nabierają jeszcze bardziej pudrowego, kobiecego charakteru. Doskonała jakość składników i ich proporcje sprawiają, że perfumy nie męczą, nie mdlą i nie powodują bólu głowy. Można im zarzucić monotonię, jednak ja się z tym zarzutem nie zgadzam - Love in Black potrafią być ciepłe, miękkie i wytworne, kiedy indziej natomiast tworzą aurę tajemniczości, dystans, taki rodzaj chłodu, którego nie potrafię opisać. Niezwykła zmienność.
Plus za przyjemny retro twist, dodający Love in Black niedzisiejszego, wyrazistego charakteru.
Trwałość - bez zarzutu, 7 - 8 godzin, intensywność przeciętna, z pewnością nie jest to boa dusiciel.
Nuty zapachowe: fiołek, jaśmin, cedr, irys, goździk, piżmo, czarna porzeczka, róża.
Źródła zdjęć:
1. http://e-vintage.pl
2. http://scentstore.co.uk.
3. http://wallm.com
niedziela, 10 listopada 2013
piątek, 11 października 2013
Angel Liqueur de Parfum (2009) Thierry Mugler
Wersję likierową Angela poznałam w roku 2010 (na rynek trafiła w
sierpniu 2009 r.). Z racji tego, że był to okres, kiedy klasycznego Angela nie
darzyłam zbyt głębokim uczuciem, likierowego Anioła przyjęłam z otwartymi
ramionami. Niestety, moja radość nie trwała zbyt długo.
Po jakimś czasie Angel
Liqueur zaczął mnie najzwyczajniej męczyć, wzbudzać dziwne uczucie niepokoju
(nigdy wcześniej żadne perfumy tak na mnie nie oddziaływały), co było tym
bardziej frustrujące, że naprawdę polubiłam tę kompozycję. Jakimś sposobem
udało mi się zmęczyć sampla i od tego czasu starałam się zapomnieć o
nieprzyjemnej niespodziance, jaką zgotowały mi te perfumy. W międzyczasie udało
mi się przekonać do klasycznego Angela (choć jest to relacja, w której okresy pożądania
przeplatają się ze zmęczeniem i apatią), dlatego zapragnęłam powrócić także do
wersji Liqueur. Traf chciał, że mniej więcej miesiąc temu stałam się
posiadaczką niewielkiej ilości Angel Liqueur, w sam raz na przypomnienie sobie
zapachu i porządne przetestowanie. Niestety, sytuacja nie uległa jakiejkolwiek
zmianie. Po trzech latach nadal uważam, że to udana, niezwykła kompozycja,
chciałabym móc ją nosić, ale na dłuższą metę nie jestem w stanie. Zachwycam się
urodą tych perfum za każdym razem po aplikacji, po to, żeby po godzinie poczuć
dobrze mi znane zmęczenie, niepokój i chęć zmycia Angela z nadgarstka.
Strasznie mnie to irytuje, ale nie jestem w stanie przeskoczyć tej przeszkody,
być może dla mnie to jedne z tych perfum, które mogę wąchać, ale nie nosić.
Co takiego ma w sobie Angel Liqueur, że chciałabym „dać mu radę” i
oswoić go? Przede wszystkim emanuje dojrzalszą, bardziej esencjonalną słodyczą,
nie jest tak ostry, kanciasty i chłodny jak klasyk, choć jego echa wyraźnie
pobrzmiewają w wersji Liqueur. Słodycz tę klasyfikuję jako morze ciemnej,
gorzkiej czekolady zmieszanej z płynnym karmelem, doprawionej dodatkowo gęstym,
ciemnozłotym miodem. Być może za to miodowe skojarzenie odpowiada koniak
zawarty w tej wersji? W każdym razie mam pewność, że to właśnie obecność
koniaku dodaje tym perfumom szlachetności i dojrzałości.
Poza wszechobecną
słodyczą, przełamaną wytrawnymi akcentami, nie może brakować nuty charakterystycznej
dla Angela – ziemistej, suchej, orzechowej paczuli. W odróżnieniu od klasyka,
tutaj paczula jest wyraźnie łagodniejsza, choć wciąż dobrze wyczuwalna, dość chropowata
i trzymająca na dystans, dzięki niej właśnie Angel Liqueur, podobnie jak
klasyczny Angel, nie jest typowym, jadalnym słodziakiem, ma duszę i (nieco
stępiony) pazur.
Angel Liqueur nie ustępuje klasykowi jeśli chodzi o trwałość, natomiast
wydaje się być nieco mniej intensywny.
Podejrzewam, że moc tych perfum, w połączeniu z ich gęstością i
koncentracją to główne czynniki, które powodują, że tak trudno jest mi zaprzyjaźnić
się z Aniołem Likierowym. Nie bez znaczenia jest także połączenie
obezwładniającej słodyczy z nutami alkoholowymi i tą sławną paczulą – może nie
brzmi to przerażająco, jednak na dłuższą metę mój organizm woli trzymać się od tej
mieszanki z daleka. Co mogę dodać… Na pewno będę jeszcze czynić podejścia do
tego Angela, jeśli jego cena i dostępność na to pozwolą (jest to niestety
wersja limitowana), za bardzo podoba mi się ta kompozycja, żeby tak po prostu
odpuścić.
Warto wspomnieć, że w tym roku Thierry Mugler wypuścił na rynek
kolejną serię likierowych wersji klasyków, wśród nich także Angela. Flakon ma
taki sam kształt jak wersja z 2009 r., jednak różnią się kolorystycznie. Nie miałam
okazji przetestować tej nowości, recenzje głoszą, że różnice są wyczuwalne, na
to samo wskazują odmienne piramidy zapachowe obu Likierów. Mam nadzieję, że
wkrótce uda mi się dopaść wersję z 2013 r. i przekonać się o jej charakterze na
własnej skórze.
Nuty zapachowe: bergamotka, owoce tropikalne, wanilia, karmel, paczula,
koniak.
Źródła zdjęć:
1. http://nathanbranch.com
2. http://4realleadres.com
3. http://le-cognac.com
sobota, 5 października 2013
Ange ou Demon Givenchy
Po dłuższej przerwie w pisaniu postanowiłam poświęcić kilka słów
perfumom, które znam od kilku lat, jednak na zdobycie flakonu zdecydowałam się
dopiero teraz. Mowa o Ange ou Demon Eau de Parfum, w krajach muzułmańskich znanych
pod nazwą Ange ou Etrange (zmiana nazwy wiąże się ze specyfiką światopoglądu i
religii dominującej w tych krajach).
Ange ou Demon wykreowane zostały w 2006 r., a nosami odpowiedzialnymi
za ich powstanie są Jean-Pierre Bethouart oraz Olivier Cresp. Zgodnie z tym, co
twierdzi producent kompozycja ma być tajemnicza, zmysłowa, uwodzicielska, charyzmatyczna.
Coś w tym musi być, bo niejednokrotnie spotkałam się z podobnymi opiniami na
temat tych perfum, jednakże moja percepcja dość znacznie odbiega od tego
schematu.
Ange ou Demon są słodkie, jednakże w dość nietypowy jak na słodziaka
sposób. To nie są perfumy zmysłowe, a tajemnicze, poważne, wręcz trzymające na
dystans. Ta słodycz wydaje mi się być podstępna, wręcz jadowita. Idealny wybór
na jesienne dni (i wieczory), szczególnie mocno kojarzą mi się z listopadem. Zdaję
sobie sprawę, że z takim poglądem na temat Ange ou Demon siedzę w niszy, ale
nic na to nie poradzę, skojarzenia są zbyt silne.
Co odpowiada za to, że mam taką a nie inną opinię o AoD? Trzy rzeczy –
bardzo dobrze wyczuwalna, szczególnie w otwarciu, nuta szafranu uzupełniona
aromatem tymianku, słodki, narkotyczny aromat lilii oraz wszechobecna, odurzająca
słodycz wanilii i fasoli tonka.
Słodycz serwowana jest już w otwarciu, jednak ma bardziej przestrzenny
charakter przełamana jest przyprawowym niuansem, nad całością dominuje
charakterystyczny aromat szafranu.
Atmosfera dość szybko ulega zagęszczeniu,
pojawia się słodki, obezwładniający zapach lilii (może stąd wzięły się moje
skojarzenia z listopadem i poważnym charakterem Ange ou Demon?) zagęszczony
dodatkowo dusznym akcentem ylang-ylang. Na tym etapie słodycz jest bardziej
zbita, gęsta, nienaturalna no i przede wszystkim wyjątkowo mocna. Łagodnieje
ona nieco w bazie, gdzie przełamana jest nutą drewna różanego, ciężko jest mi natomiast
wykryć mech dębowy, który także znajduje się w spisie nut.
Trwałość perfekcyjna, nawet 12 godzin, intensywność również robi
wrażenie – nie tylko bezpośrednio po rozpyleniu perfum. Biorąc pod uwagę to, co
napisałam wcześniej, nie wyobrażam sobie pachnieć Ange ou Demon latem, sezon
jesienno-zimowy zdecydowanie służy tym perfumom, dlatego mój werdykt nie może być inny - zdecydowanie bliżej im do demona niż do anioła.
Nuty zapachowe: mandarynka, szafran, tymianek, lilia, orchidea,
ylang-ylang, fasola tonka, wanilia, brazylijskie drewno różane, mech dębowy.
Źródła zdjęć:
1. http://thefashioninsider.com
2. gourmetsleuth.com
3. http://pinakoteka.zascianek.pl
sobota, 21 września 2013
Ambre Premier Jovoy Paris
Nie jestem specjalistką od perfum, w których ambra stanowi nutę przewodnią, mimo, że bardzo lubię tego typu kompozycje. Szczególnie komfortowo nosi mi się je w domowym zaciszu, z tego względu, że kojarzą mi się ze szlachetnym ciepłem, bezpieczeństwem i komfortem (jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie ambry mają taki właśnie charakter).
Całkiem niedawno temu perfumeria Quality wprowadziła do swojej oferty perfumy marki Jovoy Paris, dotychczas bardzo trudne do zdobycia w Polsce. W ofercie znalazły się między innymi Ambre Premier.
Kompozycja ta została stworzona w 2011 r., a jej twórcą jest Michelle Saramitot.
Ambre Premier zaliczane są do grupy perfum orientalnych, wiodącą nutę w tej kompozycji stanowi ciepła, miękka, szlachetna, odrobinę słona ambra wzbogacona dość sporą dawką doskonale wyważonej waniliowej słodyczy. Otwarcie jest nieco wyostrzone i rozświetlone przy pomocy musującego, cytrusowo-przyprawowego akordu, jednakże dość szybko ewoluuje w kierunku pluszowej, przytulnej, ambrowo-waniliowej podstawy.
Ciekawym, choć nie nowatorskim zabiegiem okazało się wplecenie w tę strukturę róży - surowej, zasuszonej, ale wciąż na swój sposób majestatycznej i budzącej podziw, wprowadzającej do kompozycji odrobinę nostalgii i sentymentalizmu.
Ambre Premier to perfumy spokojne, wyważone, być może nie są odkrywcze, jednakże czuć w nich kawał dobrze wykonanej roboty, niezwykły kunszt oraz wysoką jakość użytych składników. Poza tym Ambre Premier nosi się bardzo przyjemnie i komfortowo, mogłyby przypaść do gustu osobom, które chciałyby rozpocząć swoją przygodę z ambrą, ale mają pewne obawy i zastrzeżenia.
Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie trwałość oraz intensywność tych perfum - utrzymują się na mojej skórze do 10 godzin, tworzą subtelny ogon, jednak w miarę upływu czasu łagodnieją, pozostając blisko skóry (co nie znaczy, że trzeba wlepiać nos w nadgarstek, żeby je poczuć).
Nuty zapachowe: cytrusy, przyprawy, róża, paczula, ambra, wanilia.
Źródła zdjęć:
1. http://fragrantica.com
2. http://dangerdame.com
3. http://flickriver.com
niedziela, 8 września 2013
Vamp a NY Honore des Pres
Kolejne perfumy z tuberozą w roli głównej, które przychodzi mi recenzować. Pisałam już wcześniej, że lubię tuberozę, jednak zdarzają się też takie przypadki, kiedy nie robi ona na mnie większego wrażenia. Vamp a NY jest, niestety, takim przypadkiem.
Zwróciłam uwagę na te perfumy już jakiś czas temu, zaciekawiła mnie nazwa, tuberoza jak nuta wiodąca oraz bardzo różnorodne recenzje - pomyślałam sobie, że to nie może być nijaki zapach. Jak się okazało, zbyt wiele sobie wyobrażałam.
Otwarcie jest ciekawe - coca cola... bez gazu.
Być może za taki efekt odpowiedzialne jest trio tuberoza-wanilia-rum, żadna z tych nut nie wybija się ponad pozostałe, tworzą spójną, charakterystyczną i nie tak często spotykaną w perfumach całość. Jest też w tym wszystkim cień czegoś gęstego, żywicznego, ale nadal słodkiego, co mogłoby sugerować ciekawy rozwój kompozycji, tymczasem coca cola znika dość szybko, a jej miejsce zajmuje tuberoza w wydaniu, za jakim nie przepadam - gumowym, monotonnym, sztucznym.
Nie jest to efekt jakoś szczególnie nieprzyjemny dla nosa, nie robi wielkiej krzywdy, ale mimo wszystko mogło być lepiej, znacznie lepiej. Tuberozie towarzyszy słodka wanilia oraz słodki, balsamiczny benzoin, użyty dość rozsądnie, dzięki czemu Vamp a NY nie jest zapachem mdłym ani zbyt ciężkim.
Benzoin zdaje się być doskonałym łącznikiem między kwiatowo-słodkim sercem a cięższą, balsamiczną bazą, gdzie pierwsze skrzypce gra balsam Tolu.
Szkoda, że nie czuję rumu jako takiego, lubię zapach tego alkoholu i jestem rozczarowana, że tutaj pachnie jak cola. Zawodzi także trwałość i intensywność. Po 6 godzinach trudno jest odnaleźć ten zapach na skórze, nawet otwarcie nie jest jakoś szczególnie intensywne. Podoba mi się natomiast flakon i opakowanie, charakterystyczne dla serii I Love New York.
Miło było poznać Vamp a NY, jednak dłuższej znajomości z tymi perfumami nie przewiduję.
Perfumy powstały we współpracy z Olivią Giacobetti w 2010 r., występują w koncentracji wody perfumowanej.
Nuty zapachowe: tuberoza, rum, wanilia, benzoin, balsam Tolu, balsam Peru.
Źródła zdjęć:
1. http://leroseauxjoues.com
2. http://posters.pl
3. http://mimifroufrou.com
sobota, 31 sierpnia 2013
Jesienne plany perfumeryjne 2013
Mój
gust, jeśli chodzi o perfumy, jest dość elastyczny. Kilka lat temu w mojej
kolekcji znajdowały się niemal wyłącznie klasyki, kompozycje aldehydowe,
szyprowe, pudrowe, wszelkie pozostałe traktowałam raczej na zasadach
ciekawostek, które dobrze byłoby poznać, ale już niekoniecznie nosić. W końcu
nastąpiło "zmęczenie materiału" i postanowiłam wyjść poza krąg
dotychczasowych zainteresowań. Perfumy retro/vintage nadal zajmują szczególne
miejsce, jeśli chodzi o moje upodobania perfumeryjne, jednakże nauczyłam się
nosić (i czerpać z tego przyjemność) także inne, bardziej współczesne, odmienne
pod względem kategorii kompozycje.
W
trakcie ciągłego odkrywania świata perfum zauważyłam także, że zaczęłam
dobierać perfumy w zależności od pory roku. Nie znaczy to, że na każdą porę mam
określony zestaw zapachów, których używam do znudzenia, podczas gdy pozostałe
stoją i kurzą się, czekając na swój czas - staram się nie zaniedbywać żadnego z
flakonów/odlewek, które znajdują się w mojej szafie. Ogólna idea jest taka, że
część z nich jest w użyciu zdecydowanie częściej jesienią (nie zapominając o
nich w ciągu pozostałych pór roku), inne stają się popularniejsze zimą itd.
Także
w tym roku, wyczuwając nadchodzącą jesień (swoją drogą to moja ulubiona pora
roku), postanowiłam stworzyć listę perfum, które będą moimi faworytami.
Spis
otwiera Mauboussin pour Femme - kompozycja z 2000 r., autorstwa Christine
Nagel. Perfumy te, występujące w wersji EDT oraz EDP przeszły reformulację.
Kilka lat temu miałam flakon EDP oraz próbkę EDT, obecnie używam EDT w wersji
poreformulacyjnej i choć czuć, że kompozycja została nieco ograbiona z
charakteru, to nadal robi na mnie wrażenie, nosi się ją wyjątkowo przyjemnie.
Choć nie ma już w Mauboussin tej gęstości, zawiesistości i soczystej, owocowej
słodyczy, to nadal łatwo jest wyczuć czekoladową słodycz paczuli, ciepły,
miodowy akcent za który najprawdopodobniej odpowiada duet ambra-benzoin oraz
zdegradowaną do drugoplanowej roli owocową nalewkę, w której pierwsze skrzypce
gra śliwka. Podsumowując - ciepły, słodki orient, przyjemny w noszeniu, o
całkiem przyzwoitym nasyceniu, intensywności oraz trwałości (ok. 7 godzin).
Kolejne
miejsce zajmuje wszystkim dobrze znany Angel w wersji klasycznej - EDP.
Początkowo nie lubiłam tych perfum, działały na mnie wybitnie odpychająco, mimo
to co jakiś czas wracałam do nich, żeby po którymś razie przekonać się, że
jestem w stanie nosić Angela. Najpierw była próbka, następnie odlewka. Długo
się nią nie nacieszyłam, bo w krótkim czasie Angel zmęczył mnie, w związku z
czym posłałam go w świat. Po jakimś czasie zatęskniłam, efektem czego kolejny
dekant znalazł się w mim posiadaniu. Ostatecznie podzielił los
pierwszego.
Obecnie,
od kilku dni znów tęsknię za Angelem i rozważam kolejne nabycie kilku
mililitrów. Co jest takiego w tych perfumach, że co jakiś czas ciągnie mnie do
nich? Niesztampowe, perfekcyjne przełamanie słodkich, jadalnych,
czekoladowo-karmelowych nut, które występują tu w nienaturalnym wręcz stężeniu
chłodną, surową, piwniczną w odbiorze paczulą. Poza tym miód, do którego mam
słabość, a w Angelu jest go całkiem sporo. O rewelacyjnej trwałości i
intensywności nie wspomnę.
Zachciało
mi się także Angela w wersji likierowej. W tym przypadku odlewkę miałam tylko
raz, jednak podzieliła ona los odlewek z klasycznym Angelem. Odbieram ją jako
dojrzalszą, spokojniejszą opcję w odniesieniu do klasyka. Paczuli jest
zdecydowanie mniej (choć nadal dominuje), poza tym jest łagodniejsza. Miód jest
z kolei cięższy, ciemniejszy, bardziej esencjonalny, zdecydowanie łatwiej
wybijają się nuty owocowe oraz coś, co przypomina mi likier wiśniowy. W bazie
zdecydowanie więcej jest szlachetnego drewna. Trwałość i intensywność nieco
słabsza niż w przypadku klasyka, mimo to nadal zachwyca.
Kolejny must have - Classique Jean Paul Gaultier w
wersji EDP. Mimo,
że to jedne z moich ulubionych perfum, dotychczas nie było mi po drodze z
nabyciem flakonu. W końcu jednak udało mi się nabyć małą pojemność - 20 ml.
Doceniam również wersję EDT, jednak nie jest ona tak słodka i gęsta jak EDP,
więcej w niej przestrzeni, mydlanej ostrości. Być może EDT jest bardziej
zadziorna i pokazuje większy pazur, ja jednak wolę spokojniejszą EDP.
Na
pewno często będę sięgać po recenzowane już Love Eau Intense Chloe, które nadal
robią na mnie niesamowite wrażenie i w których czuję się niezwykle
komfortowo.
Z
tego samego powodu do łask powróci Cinema YSL w wersji EDT, słodkie, cynamonowo
- waniliowe ciastko, czyli Ambre de Cabochard, przepiękny różany puder - Ombre
Rose, balsamiczny, tuberozowo-śliwkowy Poison, do którego też przekonałam się z
czasem, L'Elephant Kenzo, który niezmiennie mnie zaskakuje, raz pachnąc miękko,
ciepło, wręcz piernikowo, kiedy indziej znów drapiąc żywiczno-przyprawowym,
kamforowym obliczem - poza tym to prawdziwy kolos, jeśli chodzi o moc i
trwałość. W końcu nie będzie mogło braknąć przedreformulacyjnego Addicta, który
zachwyca mnie połączeniem słodkiej, gęstej wanilii i narkotycznego, upajającego
jaśminu oraz Gucci Eau de Parfum, które miałam i w przypływie głupoty
sprzedałam.
Wyżej wymienione perfumy to
moi faworyci na jesień, jednak jak już wcześniej wspomniałam, poza nimi będę
sięgać także po inne kompozycje, które posiadam lub które będę posiadać. Podsumowując – jesień może
nadchodzić, jestem na nią (prawie) gotowa.
Źródła zdjęć:
1. http://chobirdokan.com
piątek, 30 sierpnia 2013
Deep Night Ghost
Czaiłam się na te perfumy od momentu, kiedy usłyszałam o nich po raz
pierwszy. Zaintrygowała mnie tak nazwa, jak i flakon. Nuty i recenzje, choć
całkiem ciekawe, stanowiły zdecydowanie słabszy impuls. Być może dlatego
zwlekałam z poznaniem Deep Night kilka lat.
W końcu jednak, kilka dni temu,
udało mi się nabyć w ciemno odlewkę i cóż… ze smutkiem muszę przyznać, że to
jedno z największych rozczarowań wakacyjnych, jeżeli nie całorocznych, jeśli chodzi
o perfumy.
Nie spodziewałam się wprawdzie mroku, tajemnicy, ekstremalnych doznań,
jednak miałam w głowie wykreowaną wizję, jak mniej więcej mogą pachnieć Deep Night.
Nie spodziewałam się, że będą aż tak nudne, przewidywalne, nijakie, a w dodatku
niemrawe.
Monotonia to jeden zarzut, kolejny dotyczy trwałości i intensywności.
Czuję te perfumy na skórze przez 3 godziny, po upływie tego czasu muszę wbijać
nos w nadgarstek, żeby cokolwiek wykryć. Intensywność zadowala mnie przez mniej
więcej godzinę, później zapominam o tym, że w ogóle się perfumowałam.
W niektórych recenzjach wyczytałam, że Deep Night kojarzyć się mogą z
perfumami Avonu. Przyznam, że gdyby przyszło mi testować ten zapach nie znając
nazwy i marki, byłabym skłonna uznać, że to rzeczywiście jedna z propozycji
Avonu (choć nie mam do tej marki żadnych uprzedzeń, niektóre ich perfumy są naprawdę
przyzwoite, sama kilka miałam i nosiło się je bardzo przyjemnie).
Szkoda, że moja znajomość z Deep Night przybrała taką formę i że tak
szybko się skończy. Z nut, które tworzą tę kompozycję można by wyczarować coś zdecydowanie ciekawszego i przyjemniejszego w noszeniu.
Nuty zapachowe: cereus, róża, brzoskwinia, morela, nuty drzewne,
piżmo, ambra, wanilia.
Źródła zdjęć:
1. http://visit4ads.com
2. http://magazyntuiteraz.pl
3. http://nolavape.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















