piątek, 11 października 2013

Angel Liqueur de Parfum (2009) Thierry Mugler

Wersję likierową Angela poznałam w roku 2010 (na rynek trafiła w sierpniu 2009 r.). Z racji tego, że był to okres, kiedy klasycznego Angela nie darzyłam zbyt głębokim uczuciem, likierowego Anioła przyjęłam z otwartymi ramionami. Niestety, moja radość nie trwała zbyt długo. 


Po jakimś czasie Angel Liqueur zaczął mnie najzwyczajniej męczyć, wzbudzać dziwne uczucie niepokoju (nigdy wcześniej żadne perfumy tak na mnie nie oddziaływały), co było tym bardziej frustrujące, że naprawdę polubiłam tę kompozycję. Jakimś sposobem udało mi się zmęczyć sampla i od tego czasu starałam się zapomnieć o nieprzyjemnej niespodziance, jaką zgotowały mi te perfumy. W międzyczasie udało mi się przekonać do klasycznego Angela (choć jest to relacja, w której okresy pożądania przeplatają się ze zmęczeniem i apatią), dlatego zapragnęłam powrócić także do wersji Liqueur. Traf chciał, że mniej więcej miesiąc temu stałam się posiadaczką niewielkiej ilości Angel Liqueur, w sam raz na przypomnienie sobie zapachu i porządne przetestowanie. Niestety, sytuacja nie uległa jakiejkolwiek zmianie. Po trzech latach nadal uważam, że to udana, niezwykła kompozycja, chciałabym móc ją nosić, ale na dłuższą metę nie jestem w stanie. Zachwycam się urodą tych perfum za każdym razem po aplikacji, po to, żeby po godzinie poczuć dobrze mi znane zmęczenie, niepokój i chęć zmycia Angela z nadgarstka. Strasznie mnie to irytuje, ale nie jestem w stanie przeskoczyć tej przeszkody, być może dla mnie to jedne z tych perfum, które mogę wąchać, ale nie nosić.


Co takiego ma w sobie Angel Liqueur, że chciałabym „dać mu radę” i oswoić go? Przede wszystkim emanuje dojrzalszą, bardziej esencjonalną słodyczą, nie jest tak ostry, kanciasty i chłodny jak klasyk, choć jego echa wyraźnie pobrzmiewają w wersji Liqueur. Słodycz tę klasyfikuję jako morze ciemnej, gorzkiej czekolady zmieszanej z płynnym karmelem, doprawionej dodatkowo gęstym, ciemnozłotym miodem. Być może za to miodowe skojarzenie odpowiada koniak zawarty w tej wersji? W każdym razie mam pewność, że to właśnie obecność koniaku dodaje tym perfumom szlachetności i dojrzałości. 


Poza wszechobecną słodyczą, przełamaną wytrawnymi akcentami, nie może brakować nuty charakterystycznej dla Angela – ziemistej, suchej, orzechowej paczuli. W odróżnieniu od klasyka, tutaj paczula jest wyraźnie łagodniejsza, choć wciąż dobrze wyczuwalna, dość chropowata i trzymająca na dystans, dzięki niej właśnie Angel Liqueur, podobnie jak klasyczny Angel, nie jest typowym, jadalnym słodziakiem, ma duszę i (nieco stępiony) pazur.
Angel Liqueur nie ustępuje klasykowi jeśli chodzi o trwałość, natomiast wydaje się być nieco mniej intensywny.
Podejrzewam, że moc tych perfum, w połączeniu z ich gęstością i koncentracją to główne czynniki, które powodują, że tak trudno jest mi zaprzyjaźnić się z Aniołem Likierowym. Nie bez znaczenia jest także połączenie obezwładniającej słodyczy z nutami alkoholowymi i tą sławną paczulą – może nie brzmi to przerażająco, jednak na dłuższą metę mój organizm woli trzymać się od tej mieszanki z daleka. Co mogę dodać… Na pewno będę jeszcze czynić podejścia do tego Angela, jeśli jego cena i dostępność na to pozwolą (jest to niestety wersja limitowana), za bardzo podoba mi się ta kompozycja, żeby tak po prostu odpuścić.
Warto wspomnieć, że w tym roku Thierry Mugler wypuścił na rynek kolejną serię likierowych wersji klasyków, wśród nich także Angela. Flakon ma taki sam kształt jak wersja z 2009 r., jednak różnią się kolorystycznie. Nie miałam okazji przetestować tej nowości, recenzje głoszą, że różnice są wyczuwalne, na to samo wskazują odmienne piramidy zapachowe obu Likierów. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się dopaść wersję z 2013 r. i przekonać się o jej charakterze na własnej skórze.


Nuty zapachowe: bergamotka, owoce tropikalne, wanilia, karmel, paczula, koniak.

Źródła zdjęć:
1. http://nathanbranch.com
2. http://4realleadres.com
3. http://le-cognac.com

sobota, 5 października 2013

Ange ou Demon Givenchy

Po dłuższej przerwie w pisaniu postanowiłam poświęcić kilka słów perfumom, które znam od kilku lat, jednak na zdobycie flakonu zdecydowałam się dopiero teraz. Mowa o Ange ou Demon Eau de Parfum, w krajach muzułmańskich znanych pod nazwą Ange ou Etrange (zmiana nazwy wiąże się ze specyfiką światopoglądu i religii dominującej w tych krajach).


Ange ou Demon wykreowane zostały w 2006 r., a nosami odpowiedzialnymi za ich powstanie są Jean-Pierre Bethouart oraz Olivier Cresp. Zgodnie z tym, co twierdzi producent kompozycja ma być tajemnicza, zmysłowa, uwodzicielska, charyzmatyczna. Coś w tym musi być, bo niejednokrotnie spotkałam się z podobnymi opiniami na temat tych perfum, jednakże moja percepcja dość znacznie odbiega od tego schematu.
Ange ou Demon są słodkie, jednakże w dość nietypowy jak na słodziaka sposób. To nie są perfumy zmysłowe, a tajemnicze, poważne, wręcz trzymające na dystans. Ta słodycz wydaje mi się być podstępna, wręcz jadowita. Idealny wybór na jesienne dni (i wieczory), szczególnie mocno kojarzą mi się z listopadem. Zdaję sobie sprawę, że z takim poglądem na temat Ange ou Demon siedzę w niszy, ale nic na to nie poradzę, skojarzenia są zbyt silne.
Co odpowiada za to, że mam taką a nie inną opinię o AoD? Trzy rzeczy – bardzo dobrze wyczuwalna, szczególnie w otwarciu, nuta szafranu uzupełniona aromatem tymianku, słodki, narkotyczny aromat lilii oraz wszechobecna, odurzająca słodycz wanilii i fasoli tonka.
Słodycz serwowana jest już w otwarciu, jednak ma bardziej przestrzenny charakter przełamana jest przyprawowym niuansem, nad całością dominuje charakterystyczny aromat szafranu. 


Atmosfera dość szybko ulega zagęszczeniu, pojawia się słodki, obezwładniający zapach lilii (może stąd wzięły się moje skojarzenia z listopadem i poważnym charakterem Ange ou Demon?) zagęszczony dodatkowo dusznym akcentem ylang-ylang. Na tym etapie słodycz jest bardziej zbita, gęsta, nienaturalna no i przede wszystkim wyjątkowo mocna. Łagodnieje ona nieco w bazie, gdzie przełamana jest nutą drewna różanego, ciężko jest mi natomiast wykryć mech dębowy, który także znajduje się w spisie nut.


Trwałość perfekcyjna, nawet 12 godzin, intensywność również robi wrażenie – nie tylko bezpośrednio po rozpyleniu perfum. Biorąc pod uwagę to, co napisałam wcześniej, nie wyobrażam sobie pachnieć Ange ou Demon latem, sezon jesienno-zimowy zdecydowanie służy tym perfumom, dlatego mój werdykt nie może być inny - zdecydowanie bliżej im do demona niż do anioła.


Nuty zapachowe: mandarynka, szafran, tymianek, lilia, orchidea, ylang-ylang, fasola tonka, wanilia, brazylijskie drewno różane, mech dębowy.

Źródła zdjęć:
1. http://thefashioninsider.com
2. gourmetsleuth.com
3. http://pinakoteka.zascianek.pl

sobota, 21 września 2013

Ambre Premier Jovoy Paris

Nie jestem specjalistką od perfum, w których ambra stanowi nutę przewodnią, mimo, że bardzo lubię tego typu kompozycje. Szczególnie komfortowo nosi mi się je w domowym zaciszu, z tego względu, że kojarzą mi  się ze szlachetnym ciepłem, bezpieczeństwem i komfortem (jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie ambry mają taki właśnie charakter).
Całkiem niedawno temu perfumeria Quality wprowadziła do swojej oferty perfumy marki Jovoy Paris, dotychczas bardzo trudne do zdobycia w Polsce. W ofercie znalazły się między innymi Ambre Premier.


Kompozycja ta została stworzona w 2011 r., a jej twórcą jest Michelle Saramitot.
Ambre Premier zaliczane są do grupy perfum orientalnych, wiodącą nutę w tej kompozycji stanowi ciepła, miękka, szlachetna, odrobinę słona ambra wzbogacona dość sporą dawką doskonale wyważonej waniliowej słodyczy. Otwarcie jest nieco wyostrzone i rozświetlone przy pomocy musującego, cytrusowo-przyprawowego akordu, jednakże dość szybko ewoluuje w kierunku pluszowej, przytulnej, ambrowo-waniliowej podstawy.


Ciekawym, choć nie nowatorskim zabiegiem okazało się wplecenie w tę strukturę róży - surowej, zasuszonej, ale wciąż na swój sposób majestatycznej i budzącej podziw, wprowadzającej do kompozycji odrobinę nostalgii i sentymentalizmu.


Ambre Premier to perfumy spokojne, wyważone, być może nie są odkrywcze, jednakże czuć w nich kawał dobrze wykonanej roboty, niezwykły kunszt oraz wysoką jakość użytych składników. Poza tym Ambre Premier nosi się bardzo przyjemnie i komfortowo, mogłyby przypaść do gustu osobom, które chciałyby rozpocząć swoją przygodę z ambrą, ale mają pewne obawy i zastrzeżenia.
Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie trwałość oraz intensywność tych perfum - utrzymują się na mojej skórze do 10 godzin, tworzą subtelny ogon, jednak w miarę upływu czasu łagodnieją, pozostając blisko skóry (co nie znaczy, że trzeba wlepiać nos w nadgarstek, żeby je poczuć).

Nuty zapachowe: cytrusy, przyprawy, róża, paczula, ambra, wanilia.

Źródła zdjęć:
1. http://fragrantica.com
2. http://dangerdame.com
3. http://flickriver.com

niedziela, 8 września 2013

Vamp a NY Honore des Pres

Kolejne perfumy z tuberozą w roli głównej, które przychodzi mi recenzować. Pisałam już wcześniej, że lubię tuberozę, jednak zdarzają się też takie przypadki, kiedy nie robi ona na mnie większego wrażenia. Vamp a NY jest, niestety, takim przypadkiem.


Zwróciłam uwagę na te perfumy już jakiś czas temu, zaciekawiła mnie nazwa, tuberoza jak nuta wiodąca oraz bardzo różnorodne recenzje - pomyślałam sobie, że to nie może być nijaki zapach. Jak się okazało, zbyt wiele sobie wyobrażałam.
Otwarcie jest ciekawe - coca cola... bez gazu. 


Być może za taki efekt odpowiedzialne jest trio tuberoza-wanilia-rum, żadna z tych nut nie wybija się ponad pozostałe, tworzą spójną, charakterystyczną i nie tak często spotykaną w perfumach całość. Jest też w tym wszystkim cień czegoś gęstego, żywicznego, ale nadal słodkiego, co mogłoby sugerować ciekawy rozwój kompozycji, tymczasem coca cola znika dość szybko, a jej miejsce zajmuje tuberoza w wydaniu, za jakim nie przepadam - gumowym, monotonnym, sztucznym. 


Nie jest to efekt jakoś szczególnie nieprzyjemny dla nosa, nie robi wielkiej krzywdy, ale mimo wszystko mogło być lepiej, znacznie lepiej. Tuberozie towarzyszy słodka wanilia oraz słodki, balsamiczny benzoin, użyty dość rozsądnie, dzięki czemu Vamp a NY nie jest zapachem mdłym ani zbyt ciężkim.
Benzoin zdaje się być doskonałym łącznikiem między kwiatowo-słodkim sercem a cięższą, balsamiczną bazą, gdzie pierwsze skrzypce gra balsam Tolu.
Szkoda, że nie czuję rumu jako takiego, lubię zapach tego alkoholu i jestem rozczarowana, że tutaj pachnie jak cola. Zawodzi także trwałość i intensywność. Po 6 godzinach trudno jest odnaleźć ten zapach na skórze, nawet otwarcie nie jest jakoś szczególnie intensywne. Podoba mi się natomiast flakon i opakowanie, charakterystyczne dla serii I Love New York.
Miło było poznać Vamp a NY, jednak dłuższej znajomości z tymi perfumami nie przewiduję.
Perfumy powstały we współpracy z Olivią Giacobetti w 2010 r., występują w koncentracji wody perfumowanej.

Nuty zapachowe: tuberoza, rum, wanilia, benzoin, balsam Tolu, balsam Peru.

Źródła zdjęć:
1. http://leroseauxjoues.com
2. http://posters.pl
3. http://mimifroufrou.com

sobota, 31 sierpnia 2013

Jesienne plany perfumeryjne 2013

Mój gust, jeśli chodzi o perfumy, jest dość elastyczny. Kilka lat temu w mojej kolekcji znajdowały się niemal wyłącznie klasyki, kompozycje aldehydowe, szyprowe, pudrowe, wszelkie pozostałe traktowałam raczej na zasadach ciekawostek, które dobrze byłoby poznać, ale już niekoniecznie nosić. W końcu nastąpiło "zmęczenie materiału" i postanowiłam wyjść poza krąg dotychczasowych zainteresowań. Perfumy retro/vintage nadal zajmują szczególne miejsce, jeśli chodzi o moje upodobania perfumeryjne, jednakże nauczyłam się nosić (i czerpać z tego przyjemność) także inne, bardziej współczesne, odmienne pod względem kategorii kompozycje.
W trakcie ciągłego odkrywania świata perfum zauważyłam także, że zaczęłam dobierać perfumy w zależności od pory roku. Nie znaczy to, że na każdą porę mam określony zestaw zapachów, których używam do znudzenia, podczas gdy pozostałe stoją i kurzą się, czekając na swój czas - staram się nie zaniedbywać żadnego z flakonów/odlewek, które znajdują się w mojej szafie. Ogólna idea jest taka, że część z nich jest w użyciu zdecydowanie częściej jesienią (nie zapominając o nich w ciągu pozostałych pór roku), inne stają się popularniejsze zimą itd.
Także w tym roku, wyczuwając nadchodzącą jesień (swoją drogą to moja ulubiona pora roku), postanowiłam stworzyć listę perfum, które będą moimi faworytami.


Spis otwiera Mauboussin pour Femme - kompozycja z 2000 r., autorstwa Christine Nagel. Perfumy te, występujące w wersji EDT oraz EDP przeszły reformulację. Kilka lat temu miałam flakon EDP oraz próbkę EDT, obecnie używam EDT w wersji poreformulacyjnej i choć czuć, że kompozycja została nieco ograbiona z charakteru, to nadal robi na mnie wrażenie, nosi się ją wyjątkowo przyjemnie. Choć nie ma już w Mauboussin tej gęstości, zawiesistości i soczystej, owocowej słodyczy, to nadal łatwo jest wyczuć czekoladową słodycz paczuli, ciepły, miodowy akcent za który najprawdopodobniej odpowiada duet ambra-benzoin oraz zdegradowaną do drugoplanowej roli owocową nalewkę, w której pierwsze skrzypce gra śliwka. Podsumowując - ciepły, słodki orient, przyjemny w noszeniu, o całkiem przyzwoitym nasyceniu, intensywności oraz trwałości (ok. 7 godzin). 

Kolejne miejsce zajmuje wszystkim dobrze znany Angel w wersji klasycznej - EDP. Początkowo nie lubiłam tych perfum, działały na mnie wybitnie odpychająco, mimo to co jakiś czas wracałam do nich, żeby po którymś razie przekonać się, że jestem w stanie nosić Angela. Najpierw była próbka, następnie odlewka. Długo się nią nie nacieszyłam, bo w krótkim czasie Angel zmęczył mnie, w związku z czym posłałam go w świat. Po jakimś czasie zatęskniłam, efektem czego kolejny dekant znalazł się w mim posiadaniu. Ostatecznie podzielił los pierwszego. 
Obecnie, od kilku dni znów tęsknię za Angelem i rozważam kolejne nabycie kilku mililitrów. Co jest takiego w tych perfumach, że co jakiś czas ciągnie mnie do nich? Niesztampowe, perfekcyjne przełamanie słodkich, jadalnych, czekoladowo-karmelowych nut, które występują tu w nienaturalnym wręcz stężeniu chłodną, surową, piwniczną w odbiorze paczulą. Poza tym miód, do którego mam słabość, a w Angelu jest go całkiem sporo. O rewelacyjnej trwałości i intensywności nie wspomnę.

Zachciało mi się także Angela w wersji likierowej. W tym przypadku odlewkę miałam tylko raz, jednak podzieliła ona los odlewek z klasycznym Angelem. Odbieram ją jako dojrzalszą, spokojniejszą opcję w odniesieniu do klasyka. Paczuli jest zdecydowanie mniej (choć nadal dominuje), poza tym jest łagodniejsza. Miód jest z kolei cięższy, ciemniejszy, bardziej esencjonalny, zdecydowanie łatwiej wybijają się nuty owocowe oraz coś, co przypomina mi likier wiśniowy. W bazie zdecydowanie więcej jest szlachetnego drewna. Trwałość i intensywność nieco słabsza niż w przypadku klasyka, mimo to nadal zachwyca.

Kolejny must have - Classique Jean Paul Gaultier w wersji EDP. Mimo, że to jedne z moich ulubionych perfum, dotychczas nie było mi po drodze z nabyciem flakonu. W końcu jednak udało mi się nabyć małą pojemność - 20 ml. Doceniam również wersję EDT, jednak nie jest ona tak słodka i gęsta jak EDP, więcej w niej przestrzeni, mydlanej ostrości. Być może EDT jest bardziej zadziorna i pokazuje większy pazur, ja jednak wolę spokojniejszą EDP. 

Na pewno często będę sięgać po recenzowane już Love Eau Intense Chloe, które nadal robią na mnie niesamowite wrażenie i w których czuję się niezwykle komfortowo. 
Z tego samego powodu do łask powróci Cinema YSL w wersji EDT, słodkie, cynamonowo - waniliowe ciastko, czyli Ambre de Cabochard, przepiękny różany puder - Ombre Rose, balsamiczny, tuberozowo-śliwkowy Poison, do którego też przekonałam się z czasem, L'Elephant Kenzo, który niezmiennie mnie zaskakuje, raz pachnąc miękko, ciepło, wręcz piernikowo, kiedy indziej znów drapiąc żywiczno-przyprawowym, kamforowym obliczem - poza tym to prawdziwy kolos, jeśli chodzi o moc i trwałość. W końcu nie będzie mogło braknąć przedreformulacyjnego Addicta, który zachwyca mnie połączeniem słodkiej, gęstej wanilii i narkotycznego, upajającego jaśminu oraz Gucci Eau de Parfum, które miałam i w przypływie głupoty sprzedałam.

Wyżej wymienione perfumy to moi faworyci na jesień, jednak jak już wcześniej wspomniałam, poza nimi będę sięgać także po inne kompozycje, które posiadam lub które będę posiadać. Podsumowując – jesień może nadchodzić, jestem na nią (prawie) gotowa. 

Źródła zdjęć:
1. http://chobirdokan.com

piątek, 30 sierpnia 2013

Deep Night Ghost

Czaiłam się na te perfumy od momentu, kiedy usłyszałam o nich po raz pierwszy. Zaintrygowała mnie tak nazwa, jak i flakon. Nuty i recenzje, choć całkiem ciekawe, stanowiły zdecydowanie słabszy impuls. Być może dlatego zwlekałam z poznaniem Deep Night kilka lat. 


W końcu jednak, kilka dni temu, udało mi się nabyć w ciemno odlewkę i cóż… ze smutkiem muszę przyznać, że to jedno z największych rozczarowań wakacyjnych, jeżeli nie całorocznych, jeśli chodzi o perfumy.
Nie spodziewałam się wprawdzie mroku, tajemnicy, ekstremalnych doznań, jednak miałam w głowie wykreowaną wizję, jak mniej więcej mogą pachnieć Deep Night. Nie spodziewałam się, że będą aż tak nudne, przewidywalne, nijakie, a w dodatku niemrawe.


Otwarcie przywitało mnie aromatyzowanym morelami alkoholem. Nie musiałam jednak długo czekać, żeby alkohol ulotnił się, a perfumy ułożyły na skórze. Co otrzymałam? Lody morelowo-waniliowe, ewentualnie budyń o takim smaku, tudzież ciastko z kremem. Jednym słowem – słodycz. Musze przyznać, że mimo wszystko proporcje są tutaj przyzwoicie wyważone, nie ma mowy o mdłościach, bólu głowy, przesłodzeniu. Ceną za to jest jednak wspomniana nuda, jednostajność, monotematyczność. Deep Night układają się na skórze w postaci słodkiego, delikatnego obłoku i ani myślą przechodzić przez jakieś większe ewolucje. Jedyne na co je stać, to nabranie odrobinę pudrowego charakteru w momencie, kiedy przychodzi czas na drzewno-ambrową bazę.


Monotonia to jeden zarzut, kolejny dotyczy trwałości i intensywności. Czuję te perfumy na skórze przez 3 godziny, po upływie tego czasu muszę wbijać nos w nadgarstek, żeby cokolwiek wykryć. Intensywność zadowala mnie przez mniej więcej godzinę, później zapominam o tym, że w ogóle się perfumowałam.
W niektórych recenzjach wyczytałam, że Deep Night kojarzyć się mogą z perfumami Avonu. Przyznam, że gdyby przyszło mi testować ten zapach nie znając nazwy i marki, byłabym skłonna uznać, że to rzeczywiście jedna z propozycji Avonu (choć nie mam do tej marki żadnych uprzedzeń, niektóre ich perfumy są naprawdę przyzwoite, sama kilka miałam i nosiło się je bardzo przyjemnie).
Szkoda, że moja znajomość z Deep Night przybrała taką formę i że tak szybko się skończy. Z nut, które tworzą tę kompozycję można by wyczarować coś zdecydowanie ciekawszego i przyjemniejszego w noszeniu.  

Nuty zapachowe: cereus, róża, brzoskwinia, morela, nuty drzewne, piżmo, ambra, wanilia.

Źródła zdjęć:
1. http://visit4ads.com
2. http://magazyntuiteraz.pl
3. http://nolavape.com

wtorek, 27 sierpnia 2013

Tobacco Vanille Tom Ford

W zasadzie lubię wanilię w perfumach - nawet ta sztuczna, zmierzająca w kierunku olejku do ciast jest w stanie spodobać mi się, jeśli tylko użyta została w przyzwoitej ilości i jako tako dogaduje się z innymi nutami. Lubię także tytoń, z tym, że w przypadku tej nuty jestem bardziej ostrożna i wyczulona. Miałam pewne obawy co do tego, czy Tobacco Vanille przypadnie mi do gustu, przejrzałam recenzje, sprawdziłam nuty i z jednej strony spodobało mi się to wszystko, z drugiej jednak tytoń, jako jedna z dominujących nut, doprawiony dodatkowo kwiatem tytoniu, studził mój zapał (jak się później okazało – zupełnie niepotrzebnie).


Na mojej skórze Tobacco Vanille są przede wszystkim waniliowo-miodowe. Tytoń dominuje tylko w otwarciu, przez niezbyt długą chwilę. Jest suchy, pylisty, ale też słodki i aromatyczny, nie wypełnia szczelnie przestrzeni, pozwala na złapanie oddechu, dzięki czemu można bez problemu rozkoszować się jego urodą – tym bardziej, że szybko zostaje zdominowany przez słodycz.


Pierwsze skrzypce w tej kompozycji gra wanilia – słodka, miękka, ale też przybrudzona ze względu na wciąż obecną nutę tytoniu (swoją drogą myślę, że Tobacco Vanille prezentuje jeden z najlepiej skonstruowanych duetów tytoń-wanilia).


Poza wanilią jest też miód pitny. Gęsty, nasycony, klarowny, w kolorze karmelowo-złotym, wyraźnie wzbogacony nutą owocową (wiśnie?). Szczególnie dobrze wyczuwam go około godzinę po aplikacji, przyznam, że to mój ulubiony akcent w Tobacco Vanille i życzyłabym sobie, żeby nie znikał, jednak w późniejszej fazie zdaje się nieco przygasać, zajmując miejsce na równi z przykurzoną, waniliowo-tytoniową słodyczą.


Perfumy osiadają na ciepłej, szlachetnej, drewniano-waniliowej bazie, po kilku godzinach wciąż wyraźnie czuć słodycz i owocowo-miodowy niuans, tytoniu jako takiego jest już bardzo mało, stanowi on co najwyżej efektowny dodatek do wanilii.
Trwałość bardzo dobra, około dziesięciogodzinna, Tobacco Vanille są dość intensywne i bardzo nasycone, gęste, dlatego trzeba uważać z dozowaniem ich. Perfumy idealne na jesień/zimę.
Trudno mi pozbyć się skojarzeń z jesienią, leniwym wieczorem spędzanym przy kominku, do którego dodano kilka kropli olejku waniliowego, fajką z dobrej jakości tytoniem oraz domowej roboty miodem pitnym, aromatyzowanym dojrzałymi owocami.


Nuty zapachowe: liść tytoniu, przyprawy, bób tonka, kwiat tytoniu, wanilia, kakao, suszone owoce, nuty drzewne.

Żródła zdjęć:
1. http://thescentedhound.wordpress.com
2. http://skleptytoniowy.bialystok.pl
3. http://monkeyvapes.com
4. http://gotujmy.pl