sobota, 21 września 2013

Ambre Premier Jovoy Paris

Nie jestem specjalistką od perfum, w których ambra stanowi nutę przewodnią, mimo, że bardzo lubię tego typu kompozycje. Szczególnie komfortowo nosi mi się je w domowym zaciszu, z tego względu, że kojarzą mi  się ze szlachetnym ciepłem, bezpieczeństwem i komfortem (jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie ambry mają taki właśnie charakter).
Całkiem niedawno temu perfumeria Quality wprowadziła do swojej oferty perfumy marki Jovoy Paris, dotychczas bardzo trudne do zdobycia w Polsce. W ofercie znalazły się między innymi Ambre Premier.


Kompozycja ta została stworzona w 2011 r., a jej twórcą jest Michelle Saramitot.
Ambre Premier zaliczane są do grupy perfum orientalnych, wiodącą nutę w tej kompozycji stanowi ciepła, miękka, szlachetna, odrobinę słona ambra wzbogacona dość sporą dawką doskonale wyważonej waniliowej słodyczy. Otwarcie jest nieco wyostrzone i rozświetlone przy pomocy musującego, cytrusowo-przyprawowego akordu, jednakże dość szybko ewoluuje w kierunku pluszowej, przytulnej, ambrowo-waniliowej podstawy.


Ciekawym, choć nie nowatorskim zabiegiem okazało się wplecenie w tę strukturę róży - surowej, zasuszonej, ale wciąż na swój sposób majestatycznej i budzącej podziw, wprowadzającej do kompozycji odrobinę nostalgii i sentymentalizmu.


Ambre Premier to perfumy spokojne, wyważone, być może nie są odkrywcze, jednakże czuć w nich kawał dobrze wykonanej roboty, niezwykły kunszt oraz wysoką jakość użytych składników. Poza tym Ambre Premier nosi się bardzo przyjemnie i komfortowo, mogłyby przypaść do gustu osobom, które chciałyby rozpocząć swoją przygodę z ambrą, ale mają pewne obawy i zastrzeżenia.
Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie trwałość oraz intensywność tych perfum - utrzymują się na mojej skórze do 10 godzin, tworzą subtelny ogon, jednak w miarę upływu czasu łagodnieją, pozostając blisko skóry (co nie znaczy, że trzeba wlepiać nos w nadgarstek, żeby je poczuć).

Nuty zapachowe: cytrusy, przyprawy, róża, paczula, ambra, wanilia.

Źródła zdjęć:
1. http://fragrantica.com
2. http://dangerdame.com
3. http://flickriver.com

niedziela, 8 września 2013

Vamp a NY Honore des Pres

Kolejne perfumy z tuberozą w roli głównej, które przychodzi mi recenzować. Pisałam już wcześniej, że lubię tuberozę, jednak zdarzają się też takie przypadki, kiedy nie robi ona na mnie większego wrażenia. Vamp a NY jest, niestety, takim przypadkiem.


Zwróciłam uwagę na te perfumy już jakiś czas temu, zaciekawiła mnie nazwa, tuberoza jak nuta wiodąca oraz bardzo różnorodne recenzje - pomyślałam sobie, że to nie może być nijaki zapach. Jak się okazało, zbyt wiele sobie wyobrażałam.
Otwarcie jest ciekawe - coca cola... bez gazu. 


Być może za taki efekt odpowiedzialne jest trio tuberoza-wanilia-rum, żadna z tych nut nie wybija się ponad pozostałe, tworzą spójną, charakterystyczną i nie tak często spotykaną w perfumach całość. Jest też w tym wszystkim cień czegoś gęstego, żywicznego, ale nadal słodkiego, co mogłoby sugerować ciekawy rozwój kompozycji, tymczasem coca cola znika dość szybko, a jej miejsce zajmuje tuberoza w wydaniu, za jakim nie przepadam - gumowym, monotonnym, sztucznym. 


Nie jest to efekt jakoś szczególnie nieprzyjemny dla nosa, nie robi wielkiej krzywdy, ale mimo wszystko mogło być lepiej, znacznie lepiej. Tuberozie towarzyszy słodka wanilia oraz słodki, balsamiczny benzoin, użyty dość rozsądnie, dzięki czemu Vamp a NY nie jest zapachem mdłym ani zbyt ciężkim.
Benzoin zdaje się być doskonałym łącznikiem między kwiatowo-słodkim sercem a cięższą, balsamiczną bazą, gdzie pierwsze skrzypce gra balsam Tolu.
Szkoda, że nie czuję rumu jako takiego, lubię zapach tego alkoholu i jestem rozczarowana, że tutaj pachnie jak cola. Zawodzi także trwałość i intensywność. Po 6 godzinach trudno jest odnaleźć ten zapach na skórze, nawet otwarcie nie jest jakoś szczególnie intensywne. Podoba mi się natomiast flakon i opakowanie, charakterystyczne dla serii I Love New York.
Miło było poznać Vamp a NY, jednak dłuższej znajomości z tymi perfumami nie przewiduję.
Perfumy powstały we współpracy z Olivią Giacobetti w 2010 r., występują w koncentracji wody perfumowanej.

Nuty zapachowe: tuberoza, rum, wanilia, benzoin, balsam Tolu, balsam Peru.

Źródła zdjęć:
1. http://leroseauxjoues.com
2. http://posters.pl
3. http://mimifroufrou.com

sobota, 31 sierpnia 2013

Jesienne plany perfumeryjne 2013

Mój gust, jeśli chodzi o perfumy, jest dość elastyczny. Kilka lat temu w mojej kolekcji znajdowały się niemal wyłącznie klasyki, kompozycje aldehydowe, szyprowe, pudrowe, wszelkie pozostałe traktowałam raczej na zasadach ciekawostek, które dobrze byłoby poznać, ale już niekoniecznie nosić. W końcu nastąpiło "zmęczenie materiału" i postanowiłam wyjść poza krąg dotychczasowych zainteresowań. Perfumy retro/vintage nadal zajmują szczególne miejsce, jeśli chodzi o moje upodobania perfumeryjne, jednakże nauczyłam się nosić (i czerpać z tego przyjemność) także inne, bardziej współczesne, odmienne pod względem kategorii kompozycje.
W trakcie ciągłego odkrywania świata perfum zauważyłam także, że zaczęłam dobierać perfumy w zależności od pory roku. Nie znaczy to, że na każdą porę mam określony zestaw zapachów, których używam do znudzenia, podczas gdy pozostałe stoją i kurzą się, czekając na swój czas - staram się nie zaniedbywać żadnego z flakonów/odlewek, które znajdują się w mojej szafie. Ogólna idea jest taka, że część z nich jest w użyciu zdecydowanie częściej jesienią (nie zapominając o nich w ciągu pozostałych pór roku), inne stają się popularniejsze zimą itd.
Także w tym roku, wyczuwając nadchodzącą jesień (swoją drogą to moja ulubiona pora roku), postanowiłam stworzyć listę perfum, które będą moimi faworytami.


Spis otwiera Mauboussin pour Femme - kompozycja z 2000 r., autorstwa Christine Nagel. Perfumy te, występujące w wersji EDT oraz EDP przeszły reformulację. Kilka lat temu miałam flakon EDP oraz próbkę EDT, obecnie używam EDT w wersji poreformulacyjnej i choć czuć, że kompozycja została nieco ograbiona z charakteru, to nadal robi na mnie wrażenie, nosi się ją wyjątkowo przyjemnie. Choć nie ma już w Mauboussin tej gęstości, zawiesistości i soczystej, owocowej słodyczy, to nadal łatwo jest wyczuć czekoladową słodycz paczuli, ciepły, miodowy akcent za który najprawdopodobniej odpowiada duet ambra-benzoin oraz zdegradowaną do drugoplanowej roli owocową nalewkę, w której pierwsze skrzypce gra śliwka. Podsumowując - ciepły, słodki orient, przyjemny w noszeniu, o całkiem przyzwoitym nasyceniu, intensywności oraz trwałości (ok. 7 godzin). 

Kolejne miejsce zajmuje wszystkim dobrze znany Angel w wersji klasycznej - EDP. Początkowo nie lubiłam tych perfum, działały na mnie wybitnie odpychająco, mimo to co jakiś czas wracałam do nich, żeby po którymś razie przekonać się, że jestem w stanie nosić Angela. Najpierw była próbka, następnie odlewka. Długo się nią nie nacieszyłam, bo w krótkim czasie Angel zmęczył mnie, w związku z czym posłałam go w świat. Po jakimś czasie zatęskniłam, efektem czego kolejny dekant znalazł się w mim posiadaniu. Ostatecznie podzielił los pierwszego. 
Obecnie, od kilku dni znów tęsknię za Angelem i rozważam kolejne nabycie kilku mililitrów. Co jest takiego w tych perfumach, że co jakiś czas ciągnie mnie do nich? Niesztampowe, perfekcyjne przełamanie słodkich, jadalnych, czekoladowo-karmelowych nut, które występują tu w nienaturalnym wręcz stężeniu chłodną, surową, piwniczną w odbiorze paczulą. Poza tym miód, do którego mam słabość, a w Angelu jest go całkiem sporo. O rewelacyjnej trwałości i intensywności nie wspomnę.

Zachciało mi się także Angela w wersji likierowej. W tym przypadku odlewkę miałam tylko raz, jednak podzieliła ona los odlewek z klasycznym Angelem. Odbieram ją jako dojrzalszą, spokojniejszą opcję w odniesieniu do klasyka. Paczuli jest zdecydowanie mniej (choć nadal dominuje), poza tym jest łagodniejsza. Miód jest z kolei cięższy, ciemniejszy, bardziej esencjonalny, zdecydowanie łatwiej wybijają się nuty owocowe oraz coś, co przypomina mi likier wiśniowy. W bazie zdecydowanie więcej jest szlachetnego drewna. Trwałość i intensywność nieco słabsza niż w przypadku klasyka, mimo to nadal zachwyca.

Kolejny must have - Classique Jean Paul Gaultier w wersji EDP. Mimo, że to jedne z moich ulubionych perfum, dotychczas nie było mi po drodze z nabyciem flakonu. W końcu jednak udało mi się nabyć małą pojemność - 20 ml. Doceniam również wersję EDT, jednak nie jest ona tak słodka i gęsta jak EDP, więcej w niej przestrzeni, mydlanej ostrości. Być może EDT jest bardziej zadziorna i pokazuje większy pazur, ja jednak wolę spokojniejszą EDP. 

Na pewno często będę sięgać po recenzowane już Love Eau Intense Chloe, które nadal robią na mnie niesamowite wrażenie i w których czuję się niezwykle komfortowo. 
Z tego samego powodu do łask powróci Cinema YSL w wersji EDT, słodkie, cynamonowo - waniliowe ciastko, czyli Ambre de Cabochard, przepiękny różany puder - Ombre Rose, balsamiczny, tuberozowo-śliwkowy Poison, do którego też przekonałam się z czasem, L'Elephant Kenzo, który niezmiennie mnie zaskakuje, raz pachnąc miękko, ciepło, wręcz piernikowo, kiedy indziej znów drapiąc żywiczno-przyprawowym, kamforowym obliczem - poza tym to prawdziwy kolos, jeśli chodzi o moc i trwałość. W końcu nie będzie mogło braknąć przedreformulacyjnego Addicta, który zachwyca mnie połączeniem słodkiej, gęstej wanilii i narkotycznego, upajającego jaśminu oraz Gucci Eau de Parfum, które miałam i w przypływie głupoty sprzedałam.

Wyżej wymienione perfumy to moi faworyci na jesień, jednak jak już wcześniej wspomniałam, poza nimi będę sięgać także po inne kompozycje, które posiadam lub które będę posiadać. Podsumowując – jesień może nadchodzić, jestem na nią (prawie) gotowa. 

Źródła zdjęć:
1. http://chobirdokan.com

piątek, 30 sierpnia 2013

Deep Night Ghost

Czaiłam się na te perfumy od momentu, kiedy usłyszałam o nich po raz pierwszy. Zaintrygowała mnie tak nazwa, jak i flakon. Nuty i recenzje, choć całkiem ciekawe, stanowiły zdecydowanie słabszy impuls. Być może dlatego zwlekałam z poznaniem Deep Night kilka lat. 


W końcu jednak, kilka dni temu, udało mi się nabyć w ciemno odlewkę i cóż… ze smutkiem muszę przyznać, że to jedno z największych rozczarowań wakacyjnych, jeżeli nie całorocznych, jeśli chodzi o perfumy.
Nie spodziewałam się wprawdzie mroku, tajemnicy, ekstremalnych doznań, jednak miałam w głowie wykreowaną wizję, jak mniej więcej mogą pachnieć Deep Night. Nie spodziewałam się, że będą aż tak nudne, przewidywalne, nijakie, a w dodatku niemrawe.


Otwarcie przywitało mnie aromatyzowanym morelami alkoholem. Nie musiałam jednak długo czekać, żeby alkohol ulotnił się, a perfumy ułożyły na skórze. Co otrzymałam? Lody morelowo-waniliowe, ewentualnie budyń o takim smaku, tudzież ciastko z kremem. Jednym słowem – słodycz. Musze przyznać, że mimo wszystko proporcje są tutaj przyzwoicie wyważone, nie ma mowy o mdłościach, bólu głowy, przesłodzeniu. Ceną za to jest jednak wspomniana nuda, jednostajność, monotematyczność. Deep Night układają się na skórze w postaci słodkiego, delikatnego obłoku i ani myślą przechodzić przez jakieś większe ewolucje. Jedyne na co je stać, to nabranie odrobinę pudrowego charakteru w momencie, kiedy przychodzi czas na drzewno-ambrową bazę.


Monotonia to jeden zarzut, kolejny dotyczy trwałości i intensywności. Czuję te perfumy na skórze przez 3 godziny, po upływie tego czasu muszę wbijać nos w nadgarstek, żeby cokolwiek wykryć. Intensywność zadowala mnie przez mniej więcej godzinę, później zapominam o tym, że w ogóle się perfumowałam.
W niektórych recenzjach wyczytałam, że Deep Night kojarzyć się mogą z perfumami Avonu. Przyznam, że gdyby przyszło mi testować ten zapach nie znając nazwy i marki, byłabym skłonna uznać, że to rzeczywiście jedna z propozycji Avonu (choć nie mam do tej marki żadnych uprzedzeń, niektóre ich perfumy są naprawdę przyzwoite, sama kilka miałam i nosiło się je bardzo przyjemnie).
Szkoda, że moja znajomość z Deep Night przybrała taką formę i że tak szybko się skończy. Z nut, które tworzą tę kompozycję można by wyczarować coś zdecydowanie ciekawszego i przyjemniejszego w noszeniu.  

Nuty zapachowe: cereus, róża, brzoskwinia, morela, nuty drzewne, piżmo, ambra, wanilia.

Źródła zdjęć:
1. http://visit4ads.com
2. http://magazyntuiteraz.pl
3. http://nolavape.com

wtorek, 27 sierpnia 2013

Tobacco Vanille Tom Ford

W zasadzie lubię wanilię w perfumach - nawet ta sztuczna, zmierzająca w kierunku olejku do ciast jest w stanie spodobać mi się, jeśli tylko użyta została w przyzwoitej ilości i jako tako dogaduje się z innymi nutami. Lubię także tytoń, z tym, że w przypadku tej nuty jestem bardziej ostrożna i wyczulona. Miałam pewne obawy co do tego, czy Tobacco Vanille przypadnie mi do gustu, przejrzałam recenzje, sprawdziłam nuty i z jednej strony spodobało mi się to wszystko, z drugiej jednak tytoń, jako jedna z dominujących nut, doprawiony dodatkowo kwiatem tytoniu, studził mój zapał (jak się później okazało – zupełnie niepotrzebnie).


Na mojej skórze Tobacco Vanille są przede wszystkim waniliowo-miodowe. Tytoń dominuje tylko w otwarciu, przez niezbyt długą chwilę. Jest suchy, pylisty, ale też słodki i aromatyczny, nie wypełnia szczelnie przestrzeni, pozwala na złapanie oddechu, dzięki czemu można bez problemu rozkoszować się jego urodą – tym bardziej, że szybko zostaje zdominowany przez słodycz.


Pierwsze skrzypce w tej kompozycji gra wanilia – słodka, miękka, ale też przybrudzona ze względu na wciąż obecną nutę tytoniu (swoją drogą myślę, że Tobacco Vanille prezentuje jeden z najlepiej skonstruowanych duetów tytoń-wanilia).


Poza wanilią jest też miód pitny. Gęsty, nasycony, klarowny, w kolorze karmelowo-złotym, wyraźnie wzbogacony nutą owocową (wiśnie?). Szczególnie dobrze wyczuwam go około godzinę po aplikacji, przyznam, że to mój ulubiony akcent w Tobacco Vanille i życzyłabym sobie, żeby nie znikał, jednak w późniejszej fazie zdaje się nieco przygasać, zajmując miejsce na równi z przykurzoną, waniliowo-tytoniową słodyczą.


Perfumy osiadają na ciepłej, szlachetnej, drewniano-waniliowej bazie, po kilku godzinach wciąż wyraźnie czuć słodycz i owocowo-miodowy niuans, tytoniu jako takiego jest już bardzo mało, stanowi on co najwyżej efektowny dodatek do wanilii.
Trwałość bardzo dobra, około dziesięciogodzinna, Tobacco Vanille są dość intensywne i bardzo nasycone, gęste, dlatego trzeba uważać z dozowaniem ich. Perfumy idealne na jesień/zimę.
Trudno mi pozbyć się skojarzeń z jesienią, leniwym wieczorem spędzanym przy kominku, do którego dodano kilka kropli olejku waniliowego, fajką z dobrej jakości tytoniem oraz domowej roboty miodem pitnym, aromatyzowanym dojrzałymi owocami.


Nuty zapachowe: liść tytoniu, przyprawy, bób tonka, kwiat tytoniu, wanilia, kakao, suszone owoce, nuty drzewne.

Żródła zdjęć:
1. http://thescentedhound.wordpress.com
2. http://skleptytoniowy.bialystok.pl
3. http://monkeyvapes.com
4. http://gotujmy.pl

sobota, 24 sierpnia 2013

Champagne/Yvresse Yves Saint Laurent

Yvresse powstały w 1993 r., pierwotna nazwa tych perfum brzmiała Champagne, jednak w wyniku procesu sądowego wytoczonego przez producentów wina musującego produkowanego z winogron rosnących we francuskim regionie Champagne/Szampanii ich nazwa została zmieniona właśnie na Yvresse.


Zmianie uległa tylko nazwa, flakon oraz sama kompozycja, której autorką jest Sophia Grojsman, pozostała bez zmian.
Yvresse klasyfikowane są jako owocowy szypr. Przyglądając się imponującej piramidzie zapachowej (w końcu to dzieło Grojsman no i lata 90.) nietrudno zauważyć, że taka klasyfikacja nie jest dziełem przypadku czy zachcianki producenta. Wprawdzie nie znajdziemy w otwarciu Yvresse tak charakterystycznych dla szyprów cytrusów, sztandarowej wręcz bergamoty, jednakże serce, a tym bardziej baza tych perfum mają szyprowy charakter bez dwóch zdań.
Bezpośrednio po aplikacji na skórę Yvresse przypominają mi w pewnym stopniu recenzowane już przeze mnie Note Poudree. Podobnie jak w kompozycji M. Micallef, także tutaj mamy do czynienia z dojrzałą brzoskwinią, zasuszoną, ale wciąż dostojną róża oraz całkiem solidną dawką pudru, jednakże o ile w przypadku Note Poudree wszystko podane jest wprost, bardzo dosłownie, o tyle Yvresse kryje w sobie jakąś tajemnicę, skonstruowane jest na bogato – nie dość, że nut jest tu więcej, to występują one w zdecydowanie wyższym stężeniu, a ilość i jakość interakcji między nimi może przyprawić zawrót głowy.
W Yvresse przychodzi nam zmierzyć się przede wszystkim ze sporą ilością słodkich soczystych owoców – nektarynek, brzoskwiń oraz moreli.


Ta owocowa słodycz potęgowana jest dodatkowo przez cynamon, którego dodano całkiem sporo. Mogłoby się wydawać, że mamy tu do czynienia z obrzydliwie słodkim gourmandem, jednakże są w otwarciu dwie nuty, które trzymają tę słodycz w ryzach, jednocześnie odbierając jej jadalny charakter – pierwsza z nich to mięta, druga to kminek. Mięta wprowadza do kompozycji przestrzeń, rześkość, ziołowy wręcz charakter, kminek z kolei odpowiada za lekką gorycz i ostrość, nie gryząc się jednak z pozostałymi nutami.
W sercu kompozycji pojawia się akord kwiatowy – choć w piramidzie Yvresse kwiatów wymienionych jest całkiem sporo, to mój nos wyczuwa tylko różę i fiołka. Nie są to nuty dominujące, stanowią jednak idealne uzupełnienie nut otwarcia, tym przyjemniejsze, że kminek po pewnym czasie łagodnieje, staje się mniej wyczuwalny, a przestrzeń, którą dotychczas gwarantowała mięta, zostaje zagęszczona, wypełniona owocowo-pudrowym woalem. Wszystkie te nuty są ze sobą doskonale spojone, kompozycja jest idealnie zbalansowana, elegancka i klasyczna, ale z drugiej strony nie jest jak sztywny gorset, pozwala czuć się swobodnie.
Baza Yvresse opiera się na dwóch nutach – mchu dębowym oraz paczuli. To właśnie ten duet w największym stopniu odpowiada za szyprowy charakter Yvresse – paczula pozbawiona jest akcentów piwnicznych, nie ma też słodkiego, czekoladopodobnego charakteru – jest zielona i dość ostra, przez co idealnie dopasowuje się do wytrawnego zapachu mchu dębowego. Tak skonstruowana baza fantastycznie współgra ze słodkim, owocowo-kwiatowym pudrem, który jest efektem  ułożenia się nut serca na skórze.
Trwałość nie zawodzi – Yvresse wytrzymują na mojej skórze ok. 9-10 godzin, intensywność również zadowala, choć nie jest to killer.
W 2011 r. marka Yves Saint Laurent wypuściła na rynek serię La Collection, w skład której weszły także odnowione Yvresse w nowym flakonie. 

Nie jestem w stanie porównać obu kompozycji, ponieważ nie miałam do czynienia z nową wersją, jednak sugerując się okrojoną piramidą zapachową oraz opiniami osób, które poznały La Collection Yvresse różnice są wyczuwalne – oczywiście na niekorzyść nowości.


Nuty zapachowe: kminek, morela, nektarynka, brzoskwinia, mięta, anyż, goździk, liczi, irys, cynamon, fiołek, róża, jaśmin, olejek różany, konwalia, ambra, paczula, piżmo, benzoin, kokos, wanilia, mech dębowy, wetiwer, cedr, styraks.

Źródła zdjęć:
1. http://thevintageperfumevault.blogspot.com
2. http://saturdaydownsouth.com
3. http://getprice.com.au

sobota, 17 sierpnia 2013

Sensuous Nude Estee Luder

Jeszcze nie tak dawno temu byłam bliska uznania kokosa za jedną z tych nut, za którymi nie przepadam w perfumach. Spodziewałam się, że Ombre Platine J. Ch. Brosseau odwiodą mnie od tego pomysłu, pokładałam w tych perfumach spore nadzieje i niestety bardzo się rozczarowałam. Już miałam postawić krzyżyk na kokosie, kiedy w ręce wpadły mi dwie kompozycje – wspomniana we wcześniejszej recenzji Reb’l Fleur oraz Sensuous Nude Estee Lauder – ku mojemu zdziwieniu kokos został uratowany i z wielką radością wrócił do łask. Zastanawiałam się, co takiego jest w tych perfumach, że mimo wyraźnie wyczuwalnej nuty kokosowej nie drażnią mnie i chcę je nosić? Tejemnicę Reb’l Fleur chyba udało mi się wyjaśnić wczoraj, dzisiaj pora na Sensuous Nude.


Za klasycznymi Sensuous nie przepadam, rozwijają się na mnie bardzo nieciekawie – po jakimś czasie zawsze dobiega mnie zapach ścierki nasączonej brudną wodą – pozostałością po myciu podłóg. Podchodziłam do nich kilka razy, otwarcie zawsze było przyjemne, potem przychodził czas na porażkę, dlatego ostatecznie odpuściłam sobie Sensuous. 
Poznanie Sensuous Nude to czysty przypadek, ze względu na nieciekawe przejścia z klasykiem nie paliło mi się do poznania nowej wersji. W końcu jednak próbka wpadła w moje ręce, ostrożnie zaaplikowałam perfumy na nadgarstek i… doznałam szoku.
Czytając recenzje natknęłam się na opinie, że Sensuous Nude stanowią odzwierciedlenie naturalnego zapachu kobiecej skóry, w innych spotkałam się ze zdaniem, że to zapach kosmetyków do opalania i słonecznych wakacji w tropikach. Dla mnie Sensuous Nude to perfumy niezwykle ciepłe, miękkie, dające poczucie komfortu i bezpieczeństwa, idealne do noszenia w domu, kiedy nie ciążą nad nami żadne obowiązki, nie musimy nic planować i spieszyć się. Te perfumy zdecydowanie rozleniwiają mnie – w pozytywnym znaczeniu tego zwrotu, wprawiają w błogi stan, którego nie chcę przerywać.


Są dwie rzeczy, które poprawiłabym w Sensuous Nude – pierwsza to trwałość (na mojej skórze około 6-7 godzin) oraz otwarcie, na które składa się niby niezbyt nietypowe połączenie świeżej bergamotki, soczystej mandarynki i lekko wiercącego w nosie pieprzu, jednak w przypadku tych perfum całość przybiera postać słodko-gorzkiego syropu na kaszel, którym często raczona byłam w dzieciństwie. Niby pozostajemy w domowych pieleszach, ale okoliczności wydają się być dość niefortunne. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że ta specyficzna kombinacja trzyma się mnie nie dłużej niż kilka minut, po czym łagodnie przechodzi w zapach zdecydowanie bardziej przyjemny.
Pierwsze skrzypce odgrywa kokos, choć jest on tutaj tak delikatny, przyjemny i nieinwazyjny, że jestem skłonna uznać, iż mam do czynienia z wodą kokosową, a nie kokosem jako takim. 


Woda kokosowa uzupełniona jest jasnym, ciekłym miodem, który dozowany jest w takiej ilości, że nie jest w stanie zmęczyć i zemdlić, doskonale współgra tak z kokosem, jaki i z miękkim, słodkim białym piżmem. To właśnie te trzy nuty sprawiają, że Sensuous Nude są tak ciepłe i niezwykle komfortowe, żadna z nich nie wybija się na pierwszy plan, stanowią perfekcyjnie dobrane trio, doskonale uzupełniając się i wzajemnie przenikając.
Ten etap trwa przez mniej więcej 3-4 godziny, po czym nuty serca gładko rozpływają się na drewnianej podstawie, w której dominuje sandałowiec wzmocniony gęstym, słodkim ambrowym akcentem z dodatkiem jadalnej wanilii. Nutą, która pozwala na tak łagodne przejście z serca do bazy jest właśnie wanilia – w środkowym akordzie stanowi ciepłe tło, wraz z upływem czasu gęstnieje i wyraźniej zaznacza swoją obecność, żeby ostatecznie zagrać jedną z głównych ról w bazie.
Jestem zdecydowanie zauroczona tymi perfumami, moja znajomość z nimi na pewno nie skończy się na próbce. Jeśli uda mi się zdobyć odlewkę i podczas używania jej nie zmienię zdania – będę polować na flakon.


Nuty zapachowe: bergamotka, mandarynka, pieprz, różowy pieprz, piżmo, jaśmin, konwalia, kokos, biały miód, ambra, wanilia, nuty drzewne, heliotrop, sandałowiec.

Źródła zdjęć:
1. http://mimifroufrou.com
2. http://crazyauntpurl.com
3. http://huffinesinstitute.org