wtorek, 7 lipca 2015

Loukhoum Eau Poudree Keiko Mecheri

Loukhoum Eau Poudree, czyli moja perfumeryjna heroina. Jako zagorzała fanka klimatów pudrowych zapragnęłam zdobyć te perfumy jak tylko ujrzałam słowo „poudree” - zadziałało na mnie jak magnes. To był odruch bezwarunkowy, natychmiastowa reakcja podświadomości. Długo musiałam czekać zanim Woda Pudrowa wpadła w moje ręce, w międzyczasie regularnie odbywałam wycieczki do lokalnej niszowej perfumerii celem dokonywania inhalacji z testera i poprawiania sobie nastroju. To co wypisuję może brzmieć jak zwierzenia narkomanki i faktycznie, coś w tym jest. Te perfumy są dla mnie jak narkotyk, nie pamiętam kiedy ostatnio coś podziałało na mnie równie mocno jak Loukhoum Eau Poudree… No dobrze, pamiętam, ale uroczyście oświadczam, iż zdarza się to niezwykle rzadko.

Wersja pudrowa nawiązuje do pierwowzoru, ale z drugiej strony jest wyraźnie inna - lżejsza, łagodniejsza, pozwala na złapanie oddechu i rozkoszowanie się jej pięknem, podczas gdy klasyczne Loukhoum potrafią dosłownie zaprzeć dech w piersiach i przyprawić o lekki zawrót głowy.
Loukhoum Eau Poudree są bezapelacyjnie urocze, przenoszą mnie w zupełnie inny wymiar, odrealniony świat, w którym czuję się niesamowicie błogo i którego nie chcę opuszczać.
Otwarcie jest bardzo… wiosenne. Wyraźnie wyczuwam świeże, rześkie, zroszone liście mięty. Najprawdopodobniej jest to moja interpretacja liści fiołka, które pachną bardzo miętowo. Poza tym lekka, pastelowa, waniliowo-migdałowa chmurka, niesamowicie miękka i przestrzenna. 


Wraz z upływem czasu zagęszcza się ona dość wyraźnie, ale nadal pozwala oddychać, nie dusi, nie męczy. Pojawia się też róża, bardzo podobna do tej w klasycznych Loukhoum, tutaj jest jej jednak mniej, nie jest tak silnie skoncentrowana. Jest słodka, konfiturowa, ale jednocześnie delikatna i stonowana.
Baza to według mnie absolutne mistrzostwo. Chciałabym dokładnie napisać jak ją odbieram, ale nie potrafię, chyba nie ma takich słów, które byłyby w stanie to oddać (albo mój słownik jest zbyt ubogi). Do tych wszystkich nut, o których wspomniałam – mięty/fiołka, kruchej, waniliowo-migdałowej waty cukrowej, słodkiej róży dołącza ciepły, intymny pudrowy akcent za który najprawdopodobniej odpowiada pojawienie się korzenia irysa i/lub piżma. Cokolwiek to jest, pachnie niesamowicie dobrze. Całość tworzy bardzo zgrany zespół, magiczny monolit, pokuszę się nawet o stwierdzenie – mój perfumeryjny święty graal.
Trwałość i moc są na nieco niższym poziomie niż w przypadku klasyka, jednak 8-9 godzin spędzonych w krainie magii i subtelny, pudrowy welon całkowicie mnie satysfakcjonują.
Keiko kupiła mnie tymi perfumami w 100%, czuję się bezterminowo uzależniona i wcale się tego nie wstydzę.

Nuty zapachowe: piżmo, narcyz, wanilia, korzeń irysa, róża, liść fiołka, migdały, cukier.

Źródła zdjęć:
1. http://www.liberty.co.uk
2. http://www.dailypainters.com ("Cotton Candy Clouds Landscape" Toni Grote)

piątek, 3 lipca 2015

Songes Annick Goutal

Songes to najprawdopodobniej najpiękniejszy obraz frangipani (czy jak kto woli plumerii) w perfumach, jaki dane mi było poznać. Można tu doświadczyć obecności całego bukietu tych kwiatów - z jednej strony są słodkie, odurzające, gęste, niemal namacalne, z mięsistymi płatkami, bogato dosłodzone wanilią, z drugiej natomiast przestrzenne, przełamane jakąś rześką, zieloną, bardzo naturalistycznie oddaną nutą. Nie rozumiem tego paradoksu, ale odbieram go nad wyraz pozytywnie.


Te perfumy to oda do białych kwiatów. Poza frangipani mamy tu do czynienia z obfitym naręczem gardenii i jaśminu, niemal tak samo narkotycznymi i intensywnymi jak frangipani, a jeśli dodać do tego ylang-ylang, których Isabelle Doyen również nie żałowała, łatwo uzmysłowić sobie ciężar gatunkowy Songes. Miłośnicy gęstych, skoncentrowanych, klaustrofobicznych wręcz białych kwiatów powinni być zachwyceni, pozostałym polecam przygotowanie się na ekstremalne doznania i ewentualną konieczność użycia Amolu.


Ze znakomitą większością perfum jest tak, że na mojej skórze wysładzają się w miarę upływu czasu. Pod tym względem Songes bardzo mnie zaskoczyły – najsłodsze są w otwarciu, wtedy ta obezwładniająca kwiatowa słodycz podbita dodatkowo ciepłym, waniliowym obłokiem sięga zenitu, a im dalej w las, tym robi się łagodniej, jakby bardziej wytrawnie – do tego stopnia, że w bazie wyczuwam coś zielono-dymnego, dość ostrego, ale ukrytego w słodkiej, kwiatowo-waniliowej mgle.
Muszę przyznać, że jestem zaskoczona krążącymi w sieci opiniami o kiepskiej trwałości Songes. Wiem, że „co kraj to obyczaj” i każdy przypadek jest inny, ale mając na uwadze wybitne właściwości absorpcyjne mojej skóry, Songes trzymają się bardzo dobrze, bite 7 godzin. Moc również przeszła moje oczekiwania (choć nie jest to boa dusiciel pokroju Angela czy Słonia Kenzo).
Noszę Songes z wielką radością bez względu na porę roku, typ pogody czy inne uwarunkowania klimatyczno-atmosferyczne, jednak muszę przyznać, że najlepiej sprawdzają się w ciepły, wiosenny dzień (i wieczór, wtedy dzieje się prawdziwa magia).

Nuty zapachowe: wanilia, jaśmin, ylang-ylang, frangipani (plumeria), gardenia tahitańska.

Źródła zdjęć:
1. http://www.annickgoutal.nl
2. http://www.photelle.deviantart.com

środa, 1 lipca 2015

Roses Vanille Mancera

Mancera, podobnie jak Montale, idzie w moc i potęgę, produkując siekiery, którym obca jest lekkość, zwiewność i finezja. Ten toporny, nienaturalnie gęsty, ciężki jak ołów klimat można odnaleźć także w Roses Vanille. Na próżno szukać tu półśrodków, metafor, niedopowiedzeń, gry nut - całe bogactwo inwentarza od początku podane jest do publicznej wiadomości i muszę przyznać, że… do pewnego stopniu podoba mi się to.


Już sama nazwa tych perfum doskonale oddaje charakter i istotę tego, co zamknięte jest we flakonie – nienaturalnie słodka, konfiturowa, zahaczająca o granice absurdu róża, odmiana dominatrix oraz chmura kremowej, syntetycznej wanilii - tak gęsta, że bez obaw siekierę można na niej wieszać.
Wyczuwam w Roses Vanille coś jeszcze – miętową czekoladę. Nie mam pojęcia skąd ona się tu wzięła, ale jest i wyśmienicie zabawia mnie swoją obecnością, szczególnie w otwarciu. Może to jakaś mieszanina cytryny, nut wodnych i tej przerysowanej, topornej słodyczy? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, zauważam natomiast dzięki temu paradoksowi pewne podobieństwo do Rose Praline, z tym, że kompozycja od Les Parfums de Rosine jest o wiele bardziej naturalna, łagodna, nie tak nachalnie słodka, ale za to wyraźniej zielona, zachowawcza… i z klasą.
Podoba mi się sposób, w jaki to różano-waniliowo-miętowo-czekoladowe monstrum przechodzi do spokojniejszej, wyciszonej, cedrowej bazy – gładko, płynnie, bez zakłóceń – i trwa w ten słodko-cedrowy sposób przez bardzo długi czas, nie pozwalając o sobie zapomnieć, bo moc ma nie do zdarcia.
Takie dosłowne, bezpośrednie, perfumeryjne kolosy też są, na swój pokręcony sposób, urocze i ja ten urok w zasadzie kupuję – dopóki nie wywołuje migreny albo innych niepożądanych skutków ubocznych.

Nuty zapachowe: nuty wodne, cytryna, róża, cukier, cedr, wanilia, białe piżmo.

Żródła zdjęć:
1. http://www.twitter.com/manceraparfums/

piątek, 26 czerwca 2015

Euphoria Gold Calvin Klein

Czy zdarzyło się wam przejeść słodyczami tak bardzo, że niemal straciliście kontakt z rzeczywistością? Euphoria Gold jest w stanie zapewnić wam takie same doznania bez konieczności pochłonięcia połowy "asortymentu" najbliższej cukierni.


Z tymi perfumami łączy mnie bardzo osobliwy typ relacji. Teoretycznie jestem wielbicielką miodu, chętnie poznaję i noszę miodowe perfumy, ale w tym przypadku sprawa nie jest prosta, jakby się mogło wydawać.
W zeszłym roku upolowałam odlewkę, użyłam kilka razy, po czym odstawiłam w najciemniejszy kąt szafy, a w końcu z radością wymieniłam. Całkiem niedawno trafiła do mnie próbka, pomyślałam: "co mi szkodzi, spróbuję, przypomnę sobie, w końcu jestem odważna i kocham perfumy." Niestety, w ciągu tych kilku miesięcy od rozstania z odlewką, nic się nie zmieniło.
Bezpośrednio po aplikacji zachwycam się i raduję, wystarczy jednak godzina lub dwie (w zależności od dyspozycji układu odpornościowego), żebym poczuła się jak owad, który zaraz zostanie rozłożony na czynniki pierwsze przez enzymy trawienne rosiczki, gdyż niechybnie dał się nabrać na zgubną słodycz kuszącego nektaru.


Euphoria Gold to dla mnie kwintesencja przesadnie słodkich perfum, zawodnik wagi najcięższej. Przykro mi, że to piszę, ale obecne w tych perfumach bezkresne morze lepkiego miodu ociera się o granice absurdu.
Otwarcie zawsze mnie zachwyca - miód jest tu płynny, ciekły, jasnozłoty, wyraźnie owocowy dzięki obecności soczystej moreli. Ta faza jest spokojna, klarowna i łagodna - jeśli użyje się Euphorii w rozsądnej (minimalnej) ilości.


Wkrótce miód ciemnieje, nabiera gęstości, nuty owocowe cichną, słodycz staje się bardziej skoncentrowana. W tym momencie pojawia się pierwsze widmo negatywnych reakcji ze strony organizmu (jak dobrze, że mam mocną głowę do perfum!). Tej ciężkiej, lepkiej, zawiesistej słodyczy jest tu zwyczajnie za dużo. Jeśli początek jest jeszcze naprawdę przyjemny i łatwy w odbiorze, to im dalej w las, tym słodziej. Ciężej. Gęściej. Olfaktoryczna klaustrofobia. Wszelkie możliwe normy zostają przekroczone. Dziwię się, że Unia Europejska jeszcze nie zarządziła bana.
W końcowej fazie pojawia się paczula, miód osiąga największą możliwą gęstość, stężenie słodyczy wymyka się spod kontroli i cóż... ginę, bezlitośnie pożarta przez krwiożerczą rosiczkę Calvina Kleina. Bardzo chciałam polubić się z Euphorią Gold, ale, jak mawiał poeta, "znowu w życiu mi nie wyszło."
Jeśli chodzi o moc, to muszę przyznać, że przez pierwsze 2-3 godziny jest imponująca, potem nie wiadomo, bo traci się przytomność albo przynajmniej węch (na szczęście czasowo).
Ten wpis nie ma na celu zniechęcenia do testów i poznania Euphorii Gold, perfumy trzeba poznawać, poszerzanie horyzontów w tej dziedzinie jest pożyteczne i (zazwyczaj) przyjemne, dlatego niech ta recenzja będzie raczej dobrą radą niż ostrzeżeniem.

Nuty zapachowe: tangeryna, kumkwat, morela, miód, gardenia, narcyz, paczula, drzewo sandałowe, piżmo.

Źródła zdjęć:
1. http://www.fragrantica.pl
2. http://www.gazeta.us.edu.pl
2. http://www.criticalexaminer.com

czwartek, 25 czerwca 2015

Les 4 Saisons: Hiver M. Micallef

Tak pachnie zima w wersji vintage, być może ta z okresu dwudziestolecia międzywojennego...?
Śnieżne zaspy, przeszywający wiatr, przenikliwy chłód, szczelnie zakryte ciężkimi chmurami niebo, a posród tych wszystkich przeciwności pogodowych Zima - chroni niczym bufor, ogrzewa, otula miękkim, pudrowym obłokiem, maluje uśmiech na twarzy, poprawia nastrój.


Zima pachnie gęstym, luksusowym pudrem irysowym, słodką, narkotyczną wonią ylang-ylang, energetycznym, cierpko-słodkim aromatem skórki pomarańczowej, szczyptą aromatycznego cynamonu, miękką, kremową wanilią, subtelnym białym piżmem oraz szlachetnym sandałowcem.
Wszystkie te nuty tworzą doskonale zbalansowaną całość, szlachetny monolit, który wręcz kipi klasą, elegancją, wyrafinowanym szykiem w dawnym stylu.


Noszenie Hiver jest jak podróż w czasie, odkrywanie magii minionych epok, poznawanie świata, który, pozostając pod przykryciem grubej warstwy białego puchu zdaje się drzemać, ale tak naprawdę tętni życiem - życiem wyższych sfer, które pełne jest przepychu, bogactwa, elegancji, konwenansów.
Po raz pierwszy założyłam Hiver właśnie zimą - wprawdzie nie 90, a 5 lat temu - doskonale wpasowały się w śnieżny, mroźny krajobraz. Od tego czasu nieustannie znajduję się pod urokiem tych niezwykłych perfum i nie potrafię zrozumieć dlaczego podjeto decyzję o wycofaniu całej serii Les 4 Saisons.
W sieci można znaleźć porównania Hiver do Lou Lou czy Cornubii. Rzeczywiście, istnieje podobieństwo między tymi kompozycjami, choć Lou Lou to dla mnie kwintesencja lat 80., Hiver doskonale oddaje ducha niespokojnej, ale jakże nostalgicznej pierwszej połowy XX wieku, a Cornubia łączy w sobie cechy obu tych perfum wzbogacone o łagodny, melancholijny nastrój L'Heure Bleue.
Jeśli chodzi o trwałość i moc Hiver, to są one prawdziwie zimowe - 8 godzin oraz miękki, pudrowy welon gwarantowane.
Od ponad 5 lat Hiver niezmiennie znajdują się w czołówce moich ulubionych perfum. Flakon, który posiadam, traktuję z pietyzmem i oszczędzam, jak tylko mogę. To smutne, że tak fantastyczne kompozycje (cała seria Les 4 Saisons zasługuje na uwagę) są wycofywane.

Nuty zapachowe: neroli, cytryna Amalfi, pomarańcza, irys, jaśmin, ylang-ylang, cynamon, piżmo, drzewo sandałowe, cedr Virginia, migdały, wanilia.

Źródła zdjęć:
1. http://www.chicagoclassicalreview.com
2. http://www.parfumo.de

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Alahine Teo Cabanel

Alahine to jedne z tych perfum, dla których można bezwarunkowo stracić głowę, jeśli tylko jest się fanką/fanem ciepłych, gęstych orientów o wyraźnie kwiatowych konotacjach i jeśli lubi się nieoczekiwane zwroty akcji.
Autor kompozycji, Jean-Francois Latty, dostarcza bogatego, głębokiego, wielowymiarowego orientu, który w swym bogactwie oraz złożoności bywa bezwzględnie kapryśny, żeby nie napisać - bezczelny.


Czasem jest to orient gęsty, upojnie słodki, jedwabiście gładki i kremowy, kiedy indziej natomiast staje się wytrawny, wręcz chłodny, trzymający na dystans, zupełnie jakby zacietrzewił się i strzelił focha, "bo tak."
Mimo wszystko nie potrafię mieć do Alahine pretensji i doceniam jego kunszt oraz piękno nawet wtedy, kiedy on pokazuje mi środkowy palec i ani myśli pójść na współpracę. W takich przypadkach myślę sobie, że faktycznie, miłość jest jak choroba psychiczna.
Kiedy Alahine jest łagodny i potulny, pachnie ciepłym, żywicznym benzoesem, słodkim, wręcz narkotycznym ylang ylang, świeżym, naturalnym sandałowcem oraz gęstym pyłkiem kwiatu pomarańczy, natomiast kiedy ma ochotę zniszczyć mnie olfaktorycznie, idzie w kierunku ostrej, zimnej paczuli, intensywnego, surowego labdanum, wykręcającego nos pieprzu oraz odrobiny wanilii - dla zachowania pozorów, że niby nic sie nie stało i o co w ogóle tyle hałasu.
W obu przypadkach struktura kompozycji jest kompletna, przemyślana i dopracowana w każdym calu - żebym przypadkiem nie znalazła jakiejś niedoskonałości, którą mogłabym wytknąć i wykpić. Cwana bestia.
Trwałość Alahine dobija do 10 godzin, moc początkowo obezwładnia, ale po mniej więcej 2 godzinach pozwala złapać oddech - jednocześnie nie pozwalając zapomnieć, że (i czym) pachnę.
Podsumowując: orientalno-kwiatowy majstersztyk, z którym nie można sie nudzić i którego nie sposób nienawidzić.

Nuty zapachowe: bergamotka, ylang ylang, róża, jaśmin, kwiat pomarańczy, pieprz, irys, francuskie labdanum, benzoes, paczula, drzewo sandałowe, wanilia, piżmo.

Źródła zdjęć:
1. http://www.akoussa.sn

sobota, 20 czerwca 2015

Lithium [3Li] Nu Be

Bohaterką dzisiejszego wpisu jest róża. Ktoś mógłby pomyśleć , że to nic nadzwyczajnego, w końcu róży pokazanej w różnych (mniej lub bardziej udanych) ujęciach w sztuce perfumeryjnej jest od groma, ale... co to jest za róża! Mam dość pojemne serce jeśli chodzi o perfumy, często tracę głowę na krótszą lub dłuższą chwilę, przeżywam mniejsze lub większe miłostki, ale takiego trzęsienia ziemi dawno u mnie nie było.


Lithium to przede wszystkim niesamowita, bordowa, ciemna, naturalnie słodka, do granic możliwości piękna, klasycznie ujęta róża, podkręcona chłodną, wyniosłą wręcz paczulą i (jakby na zasadzie kontrastu) otulona woalem suchego, aromatycznego szafranu.
W tle pobrzmiewa szlachetny, najwyższej klasy cedr oraz lekka, ale wyraźnie podkreślona, smuga miękkiego, piżmowo-irysowego pudru.
Całość kojarzy mi się gotycko, klimatycznie, tajemniczo, ale nie groteskowo, bez sztucznego nadęcia, księżniczek emo i tragikomicznego przerysowania.
Nie ma tu przesłodzonej konitury, romantycznej, skropionej rosą, różyczki ogrodowej, wody różanej czy uroczego bukieciku utkanego z pudrowych kwiatków - jest mrok, szyk i klasyczne, świadome piękno.


Nosząc Lithium czuję się ważnie i poważnie, mrocznie i tajemniczo, szalenie elegancko, zupełnie, jakbym miała klasę.
Dotychczas uważałam, że Morticia Addams mogłaby nosić Habanitę lub Maresciallę, teraz twierdzę, że nie pogardziłaby też Lithium (choć na próżno szukać podobieństw kompozycyjnych między tymi perfumami).


Trwałość rzędu 6-7 godzin, moc w 2 pierwszych godzinach imponująca, potem dość szybko cichnie (pod tym wzgledem mogłoby być trochę lepiej, ale nie będę narzekać).
Cieszę się, że Lithium wpadły w moje ręce, wieszczę nam długą i owocną współpracę.

Nuty zapachowe: cedr, paczula, piżmo, szafran, irys, róża, nuty drzewne, przyprawy.

Źródła zdjęć:
1. http://www.fragrantica.pl
2. http://www. background-kid.com